Strona G��wna
Szukaj:   
abc     o nas     login
Wzmocnij POWER - wyjd¼ na rower

Jeśli podoba Ci się ta strona, zagłosuj na nas.

Wyprawy Rowerowe
z powrotem strona główna do góry
Wyprawa rowerowa 16.07 - 1.09.1996

Warszawa - Wiedeñ - Wenecja - Marsylia - Chamonix - Monachium - Warszawa (ok. 4200 km)

Wyjechaliśmy we Wtorek 16 lipca 1996 roku około 16:00 w składzie Agnieszka , Piotr i Marek (czyli ja). Najpierw pociągiem (ale wstyd) do Częstochowy. Uznaliśmy bowiem, że nie ma sensu jechać trzeci raz tą samą trasą, a zaoszczędzone dni wykorzystamy do pokręcenia się wśród ruin polskich zamków na wyżynie krakowsko-częstochowskiej. Jak się później okazało nie był to może najlepszy pomysł ze względu na Agnieszkę, która pierwszy raz jechała na wyprawę i przydałoby się trochę równego terenu na „dzieñ dobry". Nim zrobiło się zupełnie ciemno przejechaliśmy 30 km. Spore górki od samego początku drogi wzbudziły dużą niechęć Agnieszki do dalszej jazdy. Nie obeszło się bez płakania i stwierdzeñ typu „już dalej nie mogę...". W ciągu kilku dni zwiedziliśmy zamki w Olsztynie, Ogrodzieñcu, Babicach, Mirowie, zamek Tenczyn i jakieś tam jeszcze. Następnie jadąc przez Bielsko-Biała dostaliśmy się do granicy z Czechami. W Sobotę przekroczyliśmy granicę Cieszyn - Cesky Tesin i dojechaliśmy jeszcze w okolice Frydek-Mistek. W tym czasie Piła kilkakrotnie poprawiał tylne koło w rowerze aż doszedł do wniosku, że musi wymienić piastę. No cóż nie łatwa sprawa. Jacyś ludzie poradzili mu aby pojechał do Prerova bo tam jest dużo sklepów rowerowych.


Niedziela 21.07.96

Pribor - Novy Jicin - Valasskie Mezirici - Bystrice - Kromeriz (110,5 km)

Obudziłem się pierwszy. Zważywszy na to, że leżeliśmy w cieniu przeniosłem się na słoñce. Chwilę później wstał Piła, marudząc, bo to przecież niemożliwe żebym to ja wstawał tak wcześnie. Po krótkim śniadaniu ustalamy plan drogi. Ja z Agnieszką jadę bezpośrednio do Mikulova a Piła przez Prerov. Górki w tej okolicy są już zdecydowanie mniejsze więc poruszanie się jest znacznie łatwiejsze. Tuż przed Novym Jicinem wlazł mi kamieñ w oponę i próbowałem pozbyć się go wjeżdżając na pobocze. Jednak prędkość była trochę za duża a pobocze trochę nie równe w efekcie czego straciłem panowanie nad rowerem i wpakowałem się do rowu. Na szczęście nie był zbyt głęboki i obyło się bez obrażeñ. Nie obeszło się też bez niepotrzebnego objazdu, ale przynajmniej wyrzuciłem śmieci. Za Novym Jicinem rozdzielamy się. Mijamy Valasskie Mezirici. W Bankach zjadamy po cztery kulki lodów. Gdzieś za Loucką spotykamy przydrożne drzewa czereśniowe. Włażę na jedno i po chwili przynoszę worek czereśni. Są wspaniałe. Siedzimy i jemy. Gdy już opchaliśmy się do pełna ruszamy w dalszą drogę. Krótkie strome podjazdy i długie łagodne zjazdy są typowe dla tego rejonu (nie chciałbym tędy wracać). Minął nas jakiś dzieciak na pustym rowerze. Jak się trochę oddalił, pomyślałem sobie, że co to, ja mam być gorszy i ruszyłem za nim. Agnieszka została w tyle, a odległość między mną a dzieciakiem zaczęła się szybko zmniejszać. Dogoniłem go, chwilę pojechaliśmy razem, ale on zaraz potem skręcił i zabawa skoñczyła się. Wobec tego trzeba poczekać na Agnieszkę. Przyjechała. Zaraz potem spotykamy jakiegoś Polaka. Pogadaliśmy trochę. On jedzie do Kapfenbergu, do jakichś znajomych. Przed Bystricami na Kelcsym Javorniku stoi fajny wiatrak. W zeszłym roku też go widziałem. Dalsza droga prowadzi przez Holesov, Hulin i Kromeriz. Prujemy nieźle, 28 nie schodzi z licznika. Agnieszka już się „rozkręciła" a też jest trochę z górki. Na wyjazdowej tabliczce z Hulina zostawiam Pile informację, że tu byliśmy i jedziemy nad Moravę. Najpierw nie możemy znaleźć stosownego zejścia do brzegu, same pokrzywy i chaszcze, a potem Aga płacze, bo nie może się umyć bo gapi się jakiś facet. Robimy sobie zupkę i pierzemy koszulki. Robi się ciemno. O zmroku zatrzymujemy się w wielkim stogu zeszłorocznego siana. Z wierzchu było zupełnie suche lecz w środku mokre. W związku z tym trzeba było rozłożyć folię. Zrobiło się chłodno a nawet całkiem zimno ale w naszych puchowych śpiworach spało się wyśmienicie.

Poniedziałek 22.07.96

Zdounky - Korycany - Kyjov - Cejc - Zajecy (105 km)

Rosa obsiadła dokładnie wszystko. To, że nie ma co jeść jest sprawą oczywistą. Suszymy wczorajsze pranie w promieniach porannego słoñca. Śniadanie jemy w Zdounkach. Świeżutkie bułeczki z pasztetem. Dalej jedziemy na Kijov. Wleczemy się jak żółwie. Przed Korycanem wypatrzyłem jezioro. Bardzo ładne ale nie można się w nim kąpać, bo to jakaś strefa ochronna. Rozmawiam z jakimiś kobietami gdzie można się kąpać, ale mówią że w basenie w Kijovie. Nie podoba mi się to. Dojeżdżamy do Kijova. Na rynku jest lodziarnia. Agnieszka wcina straszną ilość lodów, pewnie będzie bolał ją brzuch. Kupiłem sobie baterie do aparatu. Światłomierz od razu zaczął pokazywać bardziej sensownie. Ten film czb co robiłem w Polsce pewnie jest całkiem skopany. Jest gorąco. Kręcimy się po miasteczku, robimy zakupy, idziemy też na wspomniany basen. W momencie jak się kąpiemy słoñce oczywiście zaszło. Około 18 wyjeżdżamy z Kyjova i jedziemy przez Cejc i Kobyli. Domy mają tu bardzo odmienne od Polskich. Długie „bliźniaki" wzdłuż drogi a z tyłu gospodarstwa. Aga wypatrzyła pompę więc myjemy miski i nabieramy wody do picia. Jedziemy jeszcze kawałek, mijamy autostradę. Straszliwy łomot pędzących pojazdów. W Zajecach zostawiamy Piotrkowi ostatnia informację i skręcamy na polną drogę. Jestem bardzo zmęczony, Agnieszka chyba też. Nie robimy obiadu, szybko idziemy spać.

Wtorek 23.07.96

Mikulov - Poysdorf - Wolkersdorf - Wiedeñ (107.5 km)

Rano słoñce nie daje nam spać, więc wstajemy. Śniadanko i pakowanie rzeczy. Do Mikulova zostało z 10 km. Jakieś trzy minuty później spotykamy Piłę. Jedziemy powoli pod górkę a później szybko z górki. Robię kilka zdjęć. W Mikulovie kręcimy się trochę, wydając pozostałe korony. Głód zmusza nas do zorganizowania jajecznicy. Po dwóch godzinach zjeżdżamy do przejścia granicznego. Trochę formalności i jesteśmy w Austrii. Robimy sobie zdjęcie pamiątkowe z tabliczką „Willcomen in Osteriech". Piotrek nie chciał zdjęcia bo twierdził, że ma już takie z zeszłego roku. Jego sprawa. Wieje dość silny wiatr. Jedziemy bardzo powoli bo Agnieszka twierdzi, że ma udar słoneczny mimo kasku. Widać nie tylko głowę trzeba chronić przed słoñcem. Około trzeciej po południu siadamy w cieniu jakichś drzewek i robimy nic. Aga źle się czuje. Po godzinie Piła stwierdza, że sam jedzie do Wiednia i spotkamy się na placu św. Stefana. Sobek. Po następnej godzinie ruszamy i my. Zostało nam jakieś 50 km do Wiednia. Jednak Agnieszka nie ma siły. Przy udarze też bym nie miał. Skręcam linę z pięciu „czwórek" telefonika i robimy „krówkę ciągutkę". Głupie ludziska w samochodach patrzą się na nas z lekkim uśmieszkiem. W ten sposób mija 30 km. Przed samym Wiedniem rozłączamy rowery. Zrobiło się chłodno i Aga czuje się już dużo lepiej. Do miasta wjeżdżamy o zmroku. Nie obeszło się też bez zrobienia kilku kółek nim dojechaliśmy na Stefanplatz. Zdążyliśmy przed północą. Mimo późnej pory jest tu mnóstwo ludzi i część sklepów jeszcze otwarta. Idziemy do McDonalda i kupujemy sobie chesseburgery i coca colę z lodem. Potem jedziemy w poszukiwaniu naszej zeszłorocznej miejscówki na plaży nudystów. Mimo sporej odległości (ok.15 km) poszło nawet nieźle. Nie błądziliśmy za bardzo. Agnieszka od razu położyła się spać. Zrobiłem jej zdjęcie. Piła zajął się przygotowywaniem posiłku, a ja poszedłem się myć. Woda dość chłodna, ale po upalnym dniu bardzo dobrze mi zrobiła. Chciałbym móc się codziennie wieczorem tak wykąpać, ale pewnie nie będzie to możliwe.

Środa 24.07.96

Wiedeñ (45 km)

Poranna pogoda była taka sobie. Wiał dość silny wiatr i niebo było zachmurzone jakby zbierało się na deszcz. Piotrek postanowił wjechać na Klosterneberg a my powolutku pojechaliśmy na Stefanplatz. Po drodze wstąpiłem do jakiegoś sklepu samoobsługowego i nałożyłem sobie do koszyka kilka bułek i trzy kiwi. Przy kasie szczęka mi opadła bo musiałem zapłacić 49.5 szylingów. To chyba były najdroższe bułki w moim życiu. Dojechaliśmy na plac w południe, Piły oczywiście nie było więc zabraliśmy się z śniadanie, wzbudzając lekką sensację. Jakaś grupa dzieciaków drze się w niebogłosy. Piotrek przyjechał o godzinę spóźniony chwaląc się wjechaniem na dwie góry. Usiadłem sobie przy klombiku z kwiatami i przysnąłem. Zobaczył to Piła i zrobił mi zdjęcie. Potem kręcimy się po Wiedniu bez celu. Około piątej zjeżdżamy nad starorzecze Dunaju, wyszukujemy stosowne ławeczki i robimy obiadek. Leczo. Agnieszka oczywiście marudziła i musiałem ją karmić. Piotrek chciał to uwiecznić na zdjęciu ale zapomniał wsadzić film do aparatu. No cóż zdarza się. Wieczorem jedziemy na Prater. Fajnie, ale mi się już tak nie podobało jak w zeszłym roku. Chyba za dużo razy już tu byłem. Piła poszedł przejechać się kolejny raz kolejką. Ja nie mam nastroju i trochę szkoda mi pieniędzy. Agnieszka też początkowo chciała jechać ale się rozmyśliła. W zasadzie to na nic nie mam ochoty, no z małym wyjątkiem. Pojawiła się nowa atrakcja - kula na dwóch gumach. Najpierw kulę ściągają na ziemię przy pomocy linki i mocują do podstawy (chyba magnetycznie). Gumy są mocno napięte. Dwóch amatorów mocnych wrażeñ pakuje się do środka, przypina pasami i zaczyna się odliczanie. Na „0" magnes puszcza i kula-statek kosmiczny - wylatuje w powietrze (coś jak kamieñ wystrzelony z procy). Fajne. Chcieliśmy z Piotrkiem na to iść ale okazało się, że kosztuje 200 os i to szybko ostudziło początkowy zapał. Jeszcze parę kółek wokół Prateru i wynosimy się stąd. Wyjazd z Wiednia wcale nie jest taki prosty. Szczególnie bez mapy. Na szczęście na przystankach tramwajowych są prowizoryczne mapki i z ich pomocą udało się znaleźć właściwą drogę, choć nie obyło się bez błądzenia i małej sprzeczki z Agnieszką. Droga wyjazdowa idzie cały czas pod górę, więc nie posuwamy się zbyt szybko. Około 5 km od granicy miasta Aga złapała gumę. Na szczęście jest latarnia i nie trzeba łatać przy latarkach. Ustalamy taki plan : ja reperuję koło a oni robią kanapki. Okazało się, że dętka przetarła się na nieogratowanych otworach w feldze, bo zapomniałem ją okręcić taśmą. W pewnym momencie zatrzymał się jakiś voltzwagen transporter i wysiadła z niego jakaś kobieta. Podeszła i pyta się nas czy nie trzeba nam pomóc. Jestem z robotą na etapie czyszczenia dętki przy dziurze. Piotrek, który jedyny zna trochę niemiecki mówi jej że nie i że bardzo dziękujemy za zainteresowanie. Ale ona chyba bardzo chce nam pomóc i mówi jeszcze, że nas zawiezie do Neustad. W koñcu zgadzamy się i pakujemy rowery do samochodu. Jadąc koñczę naprawiać dętkę. Dowiedzieliśmy się, że ona nazywa się Magda Dobmeier i ma firmę, która zajmuje się przeróbką stali. Kiedy Piła powiedział jej, że w Neustad też nie mamy co z sobą zrobić, prawie zmusiła nas abyśmy zostali u niej. Przywiozła nas do firmy. Dostaliśmy po coca coli i po piwie. Rozłożyliśmy się na trawniku. Miejscówka naprawdę niezła. Dość równo, jeziorko, ławeczki, kran. Magda jeszcze chwilę posiedziała z nami i pojechała do domu. Zjedliśmy sobie coś tam i poszliśmy spać.

Czwartek 25.07.96

Neustad - Neunkirchen - Gloggnitz - Semmering - Steinhaus

Gdy słoñce wstało, zwinęliśmy namiot. Brama zamknięta, do jedzenia nic nie ma. Siedzimy spokojnie przy stoliku i czekamy co będzie. Nagle pojawia się Magda wykrzykując coś z daleka i maha do nas jakimiś torebkami. Okazało się, że jedna zawiera kurczaka a druga świeże bułeczki. „Koniec świata" - cytując Piłę. Zostaliśmy zmuszeni do wykąpania się pod firmowymi prysznicami, dostaliśmy kawę. Nie udało się wykręcić od podwiezienia do Neustad. Jedziemy, jedziemy, w pewnym momencie samochód zatrzymuje się. Okazało się, że biedronka wpadła za wycieraczkę. Widać Magda już taka jest. Urodziła się w Bułgarii ale mieszka w Austrii i ma podwójne obywatelstwo. W Neustad dostaliśmy jeszcze po kolejnym piwie i coca coli oraz bułgarskie wino. Mimo, że broniliśmy się rękami i nogami wcisnęła nam jeszcze po 100 os i dodatkowo 50 os na kościół we Francji. Na koniec pamiątkowe zdjęcie i trzeba się rozstać. Zdziwieni totalnie człapiemy się na rynek, uliczką ze sklepikami. Zobaczyłem sklep rowerowy - muszę do niego wejść. Ekstra, mają te wszystkie specjalistyczne narzędzia do rowerów. Ale ceny też mają. Na przykład klucz 36-40 kosztuje 599 os. Okropność. Pytamy przy okazji o gaz ale nie mają. Na rynku znajdujemy Billę i robimy zakupy. Niedaleko jest też fajny sklep z bronią. Później wyjeżdżamy z miasta. Oczywiście zamiast skręcić w prawo, pojechaliśmy prosto. Droga prowadzi na Kapfenberg. Za NeuKirchen omijamy autostradę. Zaczyna padać. Siąpi. Przed nami pierwsza większa górka. Agnieszka znów jest nieznośna. Stwierdza, że już nigdy więcej na wyprawę nie pojedzie, jednak gdy zjeżdżamy zmienia zdanie. Piła pojechał przodem a ja musiałem co jakiś czas czekać na Agę. Czekał na nas gdzieś za Semmeringiem. Posilamy się czekoladą i wypijamy kawę od Magdy. Przestało padać. Zbliża się noc, trzeba nabrać wody. Schodzę po wodę do jakiejś modelarni, gdy wróciłem dwóch policjantów zawzięcie przestrzegało nas przed wjeżdżaniem na autostradę. Jedziemy jeszcze parę kilometrów i skręcamy do wsi. Trzeba jeszcze wyszukać odpowiednią chałupkę z odpowiednim ogródkiem i pogadać z właścicielem. Człowiek okazał się gościnny. Nie dość, że nam pozwolił się rozłożyć pod domem (choć chcieliśmy na polu), to jeszcze pokazał gdzie jest woda. Zagrzaliśmy ohydny gulasz czeskiej produkcji. Myślałem, że się porzygam. Już dawno nie jadłem takiego świñstwa, nawet w przedszkolu. Jedyną pociechą została herbatka i perspektywa spania. Na koniec wypiliśmy wino od Magdy.

Piątek 26.07.96

Murzzuschlag - Kindberg - Kapfenberg - Thorl - Kapfenberg - Leoben - St.Stefan

Dziś jest mokro i bardzo wilgotno. Przez niebo przewalają się chmury. Czasem pada deszcz, za chwilę świeci słoñce. Okazało się, że Agnieszka nie ma powietrza w tylnym kole, a Piła w przednim. Zaczęło się łatanie. W dętce Agnieszki musiałem zerwać łatkę, bo puszczała i sporo było z tym kłopotu. W koñcu ruszyliśmy. Po pierwsze zjazd na stację benzynową w celu uzupełnienia zapasu powietrza w kołach. Mijamy kolejno miasteczka Mittendorf i Kindberg i docieramy do Kapfenbergu. Po drodze pytamy w paru miejscach o gaz ale nie mają. Jak nie znajdziemy we Włoszech i we Francji, to będzie kłopot. Gazu zostało na jakieś dwa tygodnie. Dalej jedziemy ładną drogą, pod niewidoczną górkę i docieramy do miasteczka Thörl. Na rozwidleniu dróg stoi fajny zamek. Piotrek robi zdjęcie a ja konsultuję się z mapą w którą stronę jechać. Okazało się, że pojechaliśmy w zupełnie przeciwnym kierunku. Trudno. 12 km z górki minęło błyskawicznie, szkoda tylko 2 godzin czasu. Śmiejemy się że pojechaliśmy do Thörl zobaczyć zamek. Wjeżdżamy na właściwą drogę. Niedługo potem mijamy Leoben i skręcamy nad rzekę. Przejeżdżamy specjalnym mostkiem dla rowerzystów. Piła robi nam zdjęcie na tym mostku. Po wodę do picia idę (drogą dla rowerzystów, po której nie wolno chodzić) do jakiegoś baru. Facet bez jednej ręki bardzo starał się mnie niezrozumieć ale w koñcu napełnił butelkę. Na obiad zrobiliśmy ravioli zakupione wcześniej w jakiejś Billi, rozmieszane z makaronem. Wszystkim bardzo smakowało. W rzece szybko uprałem koszulkę i skarpetki i w drogę. Kawałek za St.Stefan rozkładamy się na skarpie nad ulicą. Właściwie to była jakaś polna droga ale nikt tu nie jeździł przynajmniej od roku. Choinka rosnąca na środku miała z metr wysokości. Namiot okazuje się zbędny. Rozkładam folię bo trawa jest mokra. Wypijam też piwo.

Sobota 27.07

Knittelfeld - St.Georgen - Scheifling - Perchau -Durnstein (70km)

Zebraliśmy się dość wcześnie, żeby zrobić zakupy na dwa dni. W Billi w Knittelfeld kupujemy dwie puszki ravioli, jogurty dla mnie i Agnieszki (Piła nie lubi) wursta i coś tam jeszcze. Na główną drogę wracamy „pod prąd" bo uliczka „musiała" być jednokierunkowa. Aga też musiała narzekać z tego powodu i prowadziła rower po chodniku. Ona myśli, że rower to samochód. Po jakichś dwóch godzinach upał zrobił się prawie nie do zniesienia, zwłaszcza, że obok płynie całkiem spora rzeczka. Próbując się nad nią dostać zjeżdżamy jakąś alejką, ale okazuje się ona być tylko dojazdem do domków letniskowych. Agnieszka oczywiście musiała się zgubić, choć nie bardzo było gdzie. Na szczęście znajdujemy dojazd do rzeczki kawałek dalej. W związku z brakiem cienia buduję wiatę z folii i prętów od namiotu, podobną do tych z zeszłego roku we Francji nad oceanem. Czysta woda wyglądała bardzo kusząco. Wskoczyłem ze stromego brzegu, ale nie był to najlepszy pomysł, gdyż była bardzo zimna. Piła wziął maskę i zaczął nurkować. Po chwili (bo nie dawało się długo wysiedzieć) stwierdził, że fajnie widać ryby. Ja też spróbowałem. Naprawdę byłe spore. Na obiad Agnieszka robi kiełbasy z żółtym serem. Chyba będą niezłe. Zrobiłem jej zdjęcie choć bardzo nie chciała. Piła znów coś grzebie w tylnym kole. Zaczęło robić się duszno. Zwijamy cały nasz majdan w żółwim tempie. Wypytaliśmy jakąś dziewczynę o drogę i jazda. Niczym dotarliśmy do asfaltu zaczęło padać. Wielkie krople jak bomby. Aga mówi, żebyśmy przeczekali, Piła z kolei żeby jechać a mi jest wszystko jedno. Piła pojechał a ja w koñcu stawiam rower przy słupku i idę pod drzewo. Zapłakana Agnieszka robi to samo. Z dziewczynami to już tak jest, byle czego zaraz płaczą, a to, że deszcz a to, że coś tam. Pada. Leje. Po chwili wszystko się uspokaja i tylko trochę siąpi. Jedziemy kawałek ale Piły ani śladu. Znów zanosi się na padanie. Aga wypatrzyła jakąś wiatę ale ja chciałem zjechać do miasteczka Scheifling. Nie zdążyliśmy. Schowaliśmy się pod folię, a mi się dostało że nigdy jej nie słucham. Siedzimy pod tą folią jak zmokłe kury. Trochę się boję o śpiwory. Deszcz ustał. Wyłazimy na drogę i zjeżdżamy do miasteczka. Piłę zastaliśmy siedzącego w kapliczce. Pisał swój dziennik. Znowu zaczęło siąpić na szczęście na krótko. Piotrek też musiał pomarudzić, że wyprawa zmieniła się w wycieczkę bo już nie jedziemy w deszcz i tak dalej. Może i tak ale skoro tu są krótkie deszcze to nie opłaca się moknąć przez 10 min żeby się potem suszyć przez 10 godzin. W złym humorze ruszyliśmy dalej. Zaczęło się z górki. Fajnie. Ciemno i mgła, tylko trochę zimno. Jedziemy w jakiejś kotlinie, pomiędzy niewidocznymi górami. W powietrzu tak duża wilgoć, że aż trudno oddychać. Prujemy chyba ze 2 godziny. Około 22:30 zaczynam szukać miejscówki. Najpierw wypatrzyłem jakąś drogę w na pole. Zjechałem i felgi moich kół zniknęły pod wodą. Dobrze, że zmieniłem przekładnię na 26:28 bo udało mi się nie wywrócić. Kawałek dalej spotykamy podjazd podobny do wczorajszego.. Tym razem strzał udany. Pogoda zapowiada się nie najciekawiej więc rozkładamy namiot. Przykrywam rowery folią. Wszędzie panuje totalna wilgoć.

Niedziela 28.07

Fiesach - St. Veit - Feldkirchen - Villach - Arnoldstein (101 km)

Dziś pierwsza wstała Agnieszka. Chyba ze strachu, że ktoś nas zobaczy z drogi. Śniadanko, zwijanie manatków. Wczoraj oparłem rower o skałę dziś pod sakwą było pełno robali, ohydnych pancerników. Niebo nad nami zdecydowanie się przejaśniło. Na jakiejś stacji benzynowej (chyba Agip) myjemy zęby i robimy siusiu. Piszę też dziennik. Ludzie dziwnie się na nas patrzą. Gdy ruszyliśmy, Piotrek stwierdził, że musi coś zrobić i został z tyłu. Wjechaliśmy z Agnieszką na „szybką" trasę, jakoś nikt na nas za bardzo nie trąbił. Zauważyłem obok drogę dla traktorów więc zjechaliśmy na nią. Nawierzchnia jest tu jednak dużo gorszej jakości i w związku z tym jedzie się dużo wolniej. Wreszczie droga skręca pod wiadukt i rozdziela się na dwie w lewo i w prawo. Zastanawiam się co zrobić. W koñcu jedziemy w prawo i dojeżdżamy do jakiejś szosy. Piły oczywiście nie ma, myślę sobie że może nas minąć. Wołam go przez radio ale się nie odzywa. Na szczęście po chwili dogania nas. Jedziemy kawałek razem, Piotrek oczywiście stwierdza, że mu za wolno i pogrzeje do przodu. Oczywiste jest też to, że jak trochę źle pojechaliśmy to ja przedostałem się na właściwą drogę przez 1.5 m trawnika a Agnieszka objeżdżała drogą 0.5 km. Poczekałem na nią, oglądając mapę. Potem toczymy się z górki i w związku z budową szybkostrady zjeżdżamy na kawałek nieutwardzony. Przez chwilę myślałem że mi się rower rozpadnie. Kawałek dalej spotykamy Piłę. Jego rower leży bez tylnego koła a on smaruje klejem dętkę. Czekamy na niego susząc na słoñcu wszystko co się da. Gdy już koñczył naprawiać rower zbieramy się i z Agnieszką jedziemy do St.Veit. Przed samym miastem dogania nas, i z przerażeniem w oczach wykrzykuje, że zgubił kurtkę i musi wracać. W tym samym momencie spotykamy Polaka na rowerze, tego który nas minął w Czechach. Umówiliśmy się z Piłą, że będziemy czekać w St.Veit i znajdziemy się przez radio. Oczywiście to nie miało sensu bo trzymanie cały czas włączonego radia skoñczyło by się rozładowaniem akumulatora. Dojeżdżamy do miasta i idziemy na piwo do włoskiej knajpy. Aga nie chciała piwa tylko jakąś wodę. Dostałem kielich Gössera. Było bardzo dobre. Później kręcimy się po miasteczku, leniuchujemy. W koñcu siadamy na ławeczkach na przystanku. Siedzimy i gadamy sobie. Kupuję po dwie kulki lodów, zjadamy je i jeszcze czekoladę. Dokręcam też szprychy w tylnym kole bo jakoś się dziwnie poluzowały. Robimy zupkę. Rozebrałem licznik, żeby wstawić folię pod pstryczki, wczoraj mi zmokły i „zwariowały". Po 3 godzinach przyjeżdża Piła. Cały szczęśliwy, bo znalazł kurtkę. Po chwili ruszamy do Villach. Zaczęły się większe góry, i coraz wspanialsze widoki. Zatrzymujemy się na stacji benzynowej w celu nabrania wody. Wydajemy też wszystkie drobniaki, bo zaraz wyjedziemy z Austrii. Ruszamy i okazuje się, że Aga nie ma powietrza w tylnym kole. Jak pech to pech. Dobrze że jest kompresor. Łatam dziurę (puściła łatka), zamieniam też dętki miejscami tj z przodu na tył. Przednia dętka jest lepsza, a do łatania przednie koło łatwiej zdjąć. Wreszcie wyjeżdżamy z Villach. Zrobiło się ciemno, niestety dziś nie przekroczymy granicy. Mimo ciężkiej walki z losem, już nie przejedziemy dzisiaj 100 km. Szukamy miejscówki, ale jakoś opornie idzie. Na rozkładanie się u kogoś w ogródku jest już za późno. Znajdujemy jakąś drogę do lasu. Jadę na zwiady i widzę dwóch chłopaków i rowery. Okazują się być Polakami. Śmiejemy się, że chyba dziś już więcej nie może się zdarzyć, a oni ze strachu jakiego się przed chwilą najedli, bo myśleli, że to właściciel pola. Robimy herbatkę i częstujemy ich też. Mówią, że od kilku dni nie jedli nic ciepłego bo zgubili maszynkę do podgrzewania. Przyjechali z Wałbrzycha, ich rekord to 120 km. Mało lecz nic dziwnego, bo z rozmowy wynikało, że dużo piją i wożą się samochodem. Wcinamy chleb z kiełbasą i serem żółtym i idziemy spać.

Poniedziałek 29.07 (124,5 km)

Arnoldstein - Tarvisio - Gemona - Pinzano

Jest chyba dość wcześnie jednak słoñce nie daje już spać. Zmienił się klimat, nie ma takich gwałtownych skoków temperatur. Jak zwykle wstałem ostatni. Została nam resztka chleba, zjadamy ją i dodatkowo czekoladę i ciastka, popijając kawą. Nasi nowi znajomi nie mieli nic do jedzenia. Jak zwykle pakujemy graty i w drogę. Początkowo jedziemy razem, ja prowadzę, potem Aga, Piła i oni, jednak szybko zostają w tyle. W Arnoldstein robimy zakupy. Rano Agnieszka wypatrzyła w swojej nodze kleszcza i ładnie zasmarowała go kremem żeby wylazł. Właściwe śniadanie jemy nad rzeką. Rzeki tu są dziwne, bo koryto wielkie a środkiem płynie malusieñki strumyczek. Kazałem sobie zrobić zdjęcie w tej rzece bo były fajne kamienie a z tyłu góra. Kleszcz Agnieszki został ponownie wysmarowany, tym razem masłem , lecz później i tak się nie obeszło bez wyjmowania igłą. Jedziemy w kierunku granicy. Po drodze spotykamy ponownie Polaków. Siedzieli na przystanku i odpoczywali przed malutkim wzniesieniem. Wokół coraz wspanialsze góry, są wysokie i strome i bardzo mi się podobają. Jest znowu bardzo gorąco. Na granicy Piła idzie wymienić pieniądze. Za 80 marek dostał 55000 lirów. Nędzny kurs. Celnik Austriacki nie chciał wstęplować pieczątek ale go przekonaliśmy by to zrobił. Myśleliśmy że to koniec kontroli granicznej. W koñcu to unia europejska. Ale gdzie tam. Włoch groźnymi pomrukami kazał pokazać paszporty. Wypytywał też gdzie jedziemy, a na jak długo, a ile mamy pieniędzy. Powiedzieliśmy, że tylko do Venecji na 3 dni. Bardzo nam się nie podobała ta szczegółowa kontrola. Zrobiliśmy sobie zdjęcie z tablicą ITALIA i już chcieliśmy odjeżdżać gdy podjechało tych dwóch Polaków. Jak powiedzieli celnikowi, że mają tylko 10000 lirów to ich zawrócił. I chyba był z tego bardzo zadowolony bo myślał że rozdzieli grupę. Jest ciągle z górki i jedzie się nieźle mimo iż jest bardzo duszno. Nagle przed nami pojawił się tunel. Według znaku 680 m. Nigdy nie myślałem, że tunel będzie takim problemem. Aga stwierdziła, że się udusi i za żadne skarby nie mogliśmy jej przekonać. Skoñczyło się oczywiście płaczem. Beksa. Dopiero jak jej wyliczyłem, że będzie jechać najwyżej dwie minuty dała się przekonać. W tunelu fajnie, nie widać koñca bo jest zakręt i panuje przyjemny chłodek. Agniecha zasuwa aż się kurzy. Najpierw długo 35 a potem trochę wolniej. Przejechała tunel w 2 min. 10 sek. i nie udusiła się. Po drugiej stronie pada deszcz. Śmieszne uczucie bo świat jest zupełnie inny. Następne tunele nie były już tak straszne. Wokół nas wysokie góry. Robimy sobie zdjęcie. Przykręcam aparat po drugiej stronie ulicy, włączam samowyzwalacz, biegnę, ustawiam się a tu jedzie samochód. Zdąży czy nie zdąży samowyzwalacz ? Zdążył, ale pół sekundy przed samochodem, tym razem udało się. Jedziemy dalej, podziwiając widoki. Woda w strumieniach ma tu niesamowity kolor. Taki błękitno-niebieski z dodatkiem zielonego, coś jak w basenie. Znając sytuację z kupowaniem czegokolwiek we Włoszech szukamy sklepu, jednak bezskutecznie. Albo nie ma sklepu, albo jest zamknięty na sjestę. Sytuacja powtarza się w kilku kolejnych miasteczkach. W koñcu decyduję się na pojechanie do Gemony. Jakieś 25 km. Umówiliśmy miejsce spotkania i jadę. Grzeję nieźle, cały czas 40. Po 15 km łapię gumę. O jak extra. Staję na poboczu i rozbieram koło. Kurczę takiego gwoździa jeszcze nie miałem nigdy. Ma 4 cm długości i przebił dętkę z dwóch stron. A ja mam tylko jedną łatkę. O jak się cieszę. Załatałem jedną dziurę, usiadłem na poboczu i piszę dziennik. We Włoszech jak to we Włoszech wszyscy na mnie trąbią. Mają przecież całą drogę i jeszcze im mało. Siedzę tak sobie, piszę, patrzę na mapę, minęło 40 minut a ich nie ma. Przejechałem tylko 15 km, już dawno powinni tu być. Są. Okazało się że Agnieszka też złapała gumę tylko 500 m wcześniej. Załatałem drugą dziurę i ruszyliśmy dalej, bez większej nadziei na znalezienie źródła żarcia. A jednak chwilę później trafiamy na supermarket. Wchodzę z Agnieszką do sklepu. Jakoś dziwnie się czuję. Ceny trochę szokujące a na dodatek nie ma ani jednej puszki na gorąco, ani jednego gulaszu taborskiego, ani nawet ohydnej mielonki na zimno. Kupujemy parówki patrząc uważnie na ceny. O kiełbasie lub żółtym serze można tylko pomarzyć. 105 lirów to jednak bardzo mało. A tamci chcieli tu pobyć trochę za 104 lirów. Kupiliśmy za to worek ciastek i brzoskwinie, które od razu zjadamy pod sklepem. Piła pogadał z jakimiś Austriakami jeżdżącymi na motorze. Załadowaliśmy zdobycze na rowery i pojechaliśmy nad rzekę. Z dostaniem się do niej też nie było wcale tak prosto bo przeszkadzały tory kolejowe, na szczęście znalazł się jakiś tunel. Do wody wskoczyłem od razu. Była zimna i mętna, ale do mycia niezła. Agnieszka i Piotrek twierdzili, że nie mają ochoty na kąpiel i robili obiad. Brudasy. A właściwie to może i dobrze bo jestem bardzo głodny. Zrobiło się szaro a później zupełnie ciemno. Przez dwie godziny robimy 45 km. Jest ciągle z górki i jedzie się dobrze, choć dziwię się, że Aga jeszcze nie marudzi. Zaczęło mi coś pykać w przednim kole, chyba szprychy. Wokół tylko pola kukurydzy i nie bardzo jest się gdzie rozłożyć. W koñcu idziemy spać pod jakimiś drzewkami rozgraniczającymi las łodyg kukurydzianych i ogromne rżysko jakiegoś zboża. Agnieszce jak zwykle nie bardzo się to podobało, bo myślała, że zaraz przyjdą carabiniery i powyjmują karabiny. Przed snem zjadamy ciasteczka. W nocy bardzo gryzły komary. Smarowanie mazidłem niewiele pomagało a siedzenie w śpiworze nie było możliwe.

Wtorek 30.07.96

S.Daniele - Portogruaro - S.Dona - Venezia

Zaczęło się od tego, że byliśmy wszyscy bardzo niewyspani. Poskładanie manatków nie zajęło nam dużo czasu jak to zwykle bywało. Wyjechałem na drogę i znów zaczęło mi koło skrzypieć. Zatrzymałem się obok słupka i zacząłem dociągać szprychy. Naoliwiłem też miejsca skrzyżowañ. Wszyscy przejeżdżający włoscy samochodziarze trąbili na mnie jak nienormalni. Co za ludzie są w tym kraju. Agnieszka złościła się na mnie, dlatego że oni trąbią. W koñcu kazałem jej jechać za Piłą. Na szczęście po moich zabiegach koło uspokoiło się. Zadowolony z naprawy doganiam Piotrka i dziołchę. Tak na prawdę to czekali na mnie przy rondzie. Niebo powoli zaczyna się chmurzyć. Jest duszno i pewnie będzie padać. Mijamy ruiny jakiegoś zamku na górce. Przy wyjeździe z Dignano zatrzymuję się przy sklepie rowerowym. Muszę kupić dętkę bo te co mamy w kołach są już w opłakanym stanie. Mieli dwa rodzaje za 7000 i 9000 lirów. Pierwsza z nich nie miała samochodowego wentyla a druga wydawała mi się zbyt droga (choć była z bardzo grubej gumy). Wobec tego kupiłem tylko cztery łatki. Dogoniłem ich, myśląc po drodze czy jednak nie kupić tej grubej dętki. Zaczęło grzmieć na dobre i spadły pierwsze krople. Przebieramy się szybko w stroje deszczowe. Pioruny biją bardzo blisko, ale jedziemy jeszcze kawałek. Schroniliśmy się pod daszkiem jakiegoś sklepu. Zrobiło się jeszcze ciemniej i zaczął padać deszcz. I to jaki. Ulica w mgnieniu oka zamieniła się w rwącą rzekę. Agnieszka uciekła do sklepu a my stoimy i patrzymy na deszcz. W sklepie parę razy zgasło światło. Sprzedawczynie wyjęły latarki. Zrobiło się zimno więc też wszedłem do sklepu, chwilę później Piła też. Znowu wyłączyli prąd. Chodzimy sobie po sklepie z latarką w kompletnych ciemnościach. Strasznie śmieszne uczucie. Kupujemy czekoladę, ciastka i wodę. Siadamy sobie na podłodze i wcinamy. Burza nie ustaje ale pojawił się prąd. Po niedługim czasie panie delikatnie oznajmiły nam, że mają przerwę i musimy się wynosić. Poszliśmy do baru obok. Przy przeprowadzaniu roweru Agnieszki potrąciłem swój i chcąc go ratować złapałem za kierownicę. Jednak bardzo niefortunnie bo wyłamałem sobie licznik. Na szczęście udało się go naprawić. Piła usiadł przed barem i pisze dziennik. Ja wszedłem do środka w tym samym celu. Aga usiadła obok mnie i ogląda telewizję. Nawet lecą polskie kawałki muzyki. Deszcz trochę zelżał a później ustał całkowicie. Opuściliśmy bar. Wszędzie pełno wody. Zapanowała duszność totalna. I jeszcze te okropne samochody. Co drugi na nas trąbi bez powodu. W spotkanym sklepie rowerowym kupiłem dętkę. Pani nie mogła zrozumieć o jaki wentyl mi chodzi. Musiałem jej pokazywać na swoich kołach. Mijamy lotnisko i zbliżamy się do Wenecji. Trzeba zrobić obiad i znaleźć miejscówkę do spania bo niedługo zrobi się ciemno. Skręcamy w jakąś uliczkę i lądujemy u kogoś na podwórku. Udaje się nam dotrzeć jakimś sposobem nad morze. Robimy sobie mięso mielone w sosie pomidorowym z makaronem. Jak zwykle dobre ale mało. Myjemy szybko miski w niezbyt czystej wodzie i wynosimy się z tej okolicy bo komary stają się nieznośne. Szukamy miejscówki ale wszędzie albo domy albo kukurydza. Przedostajemy się na drugą stronę jakiejś dzielnicy Wenecji. Rozkładamy się na polu kukurydzianym. Piła chciał spać w rowie melioracyjnym. Mnie nie bardzo się to podobało więc poszedłem rozejrzeć się po okolicy. 300 m dalej pole było rozdzielone pasem trawy. Wyglądało zachęcająco. Wracam do nich i przenosimy się. Nawet Agnieszce spodobała się moja miejscówka, bo zwykle było jakieś ale... Piotrek od razu się położył i zasnął. My też rozłożyliśmy nasze spanie. Nic nie zwiastowało pogorszenia pogody więc zrezygnowaliśmy z namiotu.

Środa 21.07

Venezia - Dolo - Padova

Ten dzieñ będzie mi się zawsze kojarzyć ze schodami. Dlaczego ? O tym za chwilę. Poranna rosa zmoczyła dokładnie wszystko. Zjadamy resztkę kiełbasy austryjackiej i resztkę chleba. Piła robi zdjęcie miejscówki i brudnych skarpetek powieszonych wczoraj na krzaku kukurydzy. Ruszamy i po chwili jesteśmy na moście (łączącym Wenecję z resztą świata) a po jeszcze jednej w Wenecji. Postanawiamy przedostać się na plac św. Marka. W tym celu trzeba pokonać kilkadziesiąt mostków. Rowery musimy prowadzić bo niesposób jechać. WSZĘDZIE SCHODY. Okropność. Poza tym jest tu dziwnie, bo zamiast ulicy jest rzeka i wychodząc z drzwi wpada się do wody. Przejścia (uliczki) między budynkami mają po 1m szerokości, ledwo się mieszczę z rowerem. Jakiś facet mówi, że można tu zatrudnić człowieka do pilnowania rowerów. Już to widzę, jak by popilnował to. Oczywiście tłumy turystów, i chyba tylko dla nich istnieje życie w tym mieście. Robimy zdjęcia. Towary do sklepów dostarczane są na śmiesznych wózeczkach przystosowanych do pokonywania schodów. Po dwóch godzinach marszu, a właściwie pchania rowerów przez mostki docieramy do placu Św. Marka. W okolicy sporo Polaków. Jak zwykle dziwią się, że my tu na tych rowerach z Polski przyjechaliśmy i że się nie boimy itp. itd. W związku ze wzrostem temperatury ponad normę chowamy się do cienia. Piła i Aga znikają gdzieś a ja usiadłem sobie i piszę. Potem naprawiam tylny hamulec. Śruba trzymająca linkę jakoś się zacięła i miałem sporo roboty by ją odkręcić. Przy okazji zniszczyłem do koñca linkę. Na szczęście mam zapasową. Wracają Agnieszka i Piotrek. Teraz ja idę pooglądać trochę to miasto. Aga idzie ze mną. Najpierw znajdujemy wodę gdzie można sobie umyć ręce i się napić. Na szczęście wszędzie tu są takie wodopoje. Bez tego można by tu zemdleć bo o cieñ jest trudno a woda z „ulicy" jest słona, okropnie brudna i śmierdząca. Nic dziwnego jak włochale do niej wypuszczają ścieki. Widziałem taką rurę wystającą z budynku. Wypływały z niej ohydne mydliny i inne nieczystości. Szkoda, że nie zrobiłem zdjęcia. Obszar miasta pozbawiony turystów jest o wiele fajniejszy. Spotkaliśmy sklep „motoryzacyjny" w którym były części do łódek tak jak u nas do samochodów. Co kawałek jest pracownia masek i świecidełek. z kawałków ryb. Agnieszce bardzo się podobały te różności. Wracamy i robimy przegryzkę z resztek chleba i zawartości puszki rybnej. Jeszcze chwila i taszczymy się z powrotem przez mostki. Koszmar. Jest okropnie gorąco. W labiryncie uliczek robimy kilka kółek. Nie obeszło się bez zgubki. Orientacyjna mapa Piły jest do niczego. Po drodze kupuję kartki. Trzeba wysłać do rodzinki. W koñcu udaje się nam wydostać z Wenecji i wracamy długim mostem na normalny ląd. Zrobiło się trochę chłodniej. Powolutku dojeżdżamy do Padovy. Tuż przed znakiem PADOVA skręcamy na drogę wzdłuż kanału, jedziemy kawałek, lecz niestety okazuje się ona dojazdem do stacji. Wracamy i jedziemy w drugą stronę. Już trochę lepiej, ale za bardzo na widoku. Na szczęście po przeciwnej stronie kanału znalazła się niezła polanka. Wołam Piłę przez radio aby tu przyjechali. Jesteśmy wszyscy bardzo zmęczeni. Mimo tego idę się wykąpać. Lepsze to niż włażenie spoconym do śpiwora. Woda ciepła i nie wygląda na brudną. Przy brzegu zwaliło się drzewo i utworzył się pomost. Zjadamy dżem na kolację i układamy się do snu.

Czwartek 1.08

Padova - Monselice - Montagnana - Legnago - Nogara - Mantova Nord

Agnieszka poszła się myć i zgubiła mydło. Jak się później okazało Piotrek też zgubił. Biorę maskę i latarkę i nurkuję. Jednak woda jest tu bardzo mętna i mydło nie daje się znaleźć. Trudno trzeba kupić nowe. Koñczymy dżem. Ledwo minęliśmy tabliczkę Padova okazało się, że Aga złapała gumę. Puściła łatka jak zwykle. Błądzimy po Padovie szukając gazu jednak bezskutecznie. Dochodzi południe i słoñce grzeje niemiłosiernie. Wysłaliśmy kartki z Wenecji. Pewnie dojdą za tydzieñ. Robimy jeszcze parę kółek. Nie udało na się znaleźć drogi którą chciałem pojechać. Trudno pojedziemy inną. Szukamy cienia i zatrzymujemy się przy stacji Agip między sporymi jodełkami. Zjadamy parę ciastek, ja trochę spałem. Około godziny 16 zbieramy się. Robimy obfite zakupy po drodze. Kupiłem drugą dętkę na zapas. Zbliża się wieczór. Około 7 robimy obiad na jakichś ławeczkach. Oczywiście za mało. Jestem ciągle głodny a żarcie jest tu bardzo drogie. Po obiedzie Agnieszka narzuciła niezłe tempo (26.. 30) i następne 10 km minęło błyskawicznie. Mijamy jakieś miasteczko z ładnym murek obronnym. Piła jedzie robić zdjęcia. Na stacji TAMOIL spotykamy urządzonka z wodą. Ale nie działają. A szkoda. Jacyś ludzie nas wołają. Okazuje się, że na tej stacji jest drugie urządzonko z wodą. Pijemy więc wodę gazowaną (po włosku aqua gassata) a oni dziwią się, że my tu z Polski i oglądają wszystko co było shimano. Brzęczą coś między sobą, chyba, że jesteśmy bardzo bogaci bo tu shimano jest bardzo drogie. Podziękowaliśmy im ładnie za wodę i jedziemy dalej. Niedługo potem dogonił nas Piła. Po zmroku mijamy kolejne miasteczka. W jednym z nich Piła łapie gumę. Ja z Agnieszką jedziemy 150 m dalej na kolejną stację TAMOIL. Urządzonek z aqua gassata nie ma ale za to jest zwykły kran i wąż z powietrzem. Uzupełniam więc wiaterek w oponach, myję miski i siebie trochę też. Czekamy z sobie spokojnie na Piotrka. Wyszła jakaś pani i pyta czy nie chcemy pić. Aga powiedziała, że nie, więc pani sobie poszła. Z okna patrzył jakiś pan. Chwilę później zgasło światło i słychać było charakterystyczne dźwięki. Piła naprawił dętkę, więc jedziemy jeszcze kawałek i pakujemy się do lasu idealnego. Las idealny składa się z drzewek posadzonych w równych odległościach 5 m od siebie, jest lekko zarośnięty trawą lecz przebija gleba. Drzewka mają równiutkie pnie i bardzo symetryczne korony. Wcinamy chleb z czekoladą. Rozważaliśmy przez chwilę spanie bez namiotu, ale komary...

Piątek 2.08

Mantova - Marcaria - Piadena - Cremona (92 km)

Na ranny posiłek zostało po jednej kromce chleba i parówki. Zwijamy więc szybko namiot i jedziemy na zakupy. Agnieszka wypatrzyła porządny duży sklep. Wchodzę i widzę stoisko sportowe. Na wyścigi z Agnieszką szukamy gazu. Jest. JEST GAZ. Wizja głodu odegnana na conajmniej 2 tygodnie. Kupujemy 3 setki bo były tañsze niż jedna 250-tka. Wychodzę przed sklep i pokazuję Piotrkowi. Też się ucieszył. Wracam i robimy zakupy żywnościowe za 50000 lirów. Kupiliśmy też całego arbuza. Ważył 5 kg i kosztował 1000 lirów. Tanio. Wracając kupuję jeszcze 3 gazy. Siadamy sobie przed sklepem i wcinamy tego arbuza. Tak się obiadłem nim jak nigdy w życiu. Jesteśmy zadowoleni i weseli. Mój rower skutecznie przybrał na wadze. Agnieszka zostawiła rolkę „luksusowego" papieru toaletowego na siedzeniu jakiegoś skuterka, który stał pod sklepem. Pewnie się człowiek zdziwił. (Nazwa „papier luksusowy" wzięła się stąd, że nigdzie nie mogliśmy kupić rolek na sztuki, tylko w paczkach po co najmniej 8. Dlatego kupowaliśmy papierowe ręczniki, które przecinałem niezupełnie w połowie. W związku z tym większa część stanowiła papier „luksusowy" a pozostała „zwykły"). Upał znów się robi niemożliwy. W pobliżu, według mapy ma być jezioro. Dojeżdżamy i znajdujemy stosowny cieñ. Jest 13 godzina. Piła wskoczył do wody pierwszy ja chwilę za nim. Woda chłodna ale nie zimna. Brzeg jeziora zasypany kamieniami dość sporymi aby nie dało się normalnie wejść. Chlapiemy się przez chwilę, po czym robimy pranie. Moja czarna koszulka wyschła chyba w minutę. Później leniuchujemy, trochę śpimy. Piszę też dziennik. Dziennik to dobra sprawa, bez niego nic się nie pamięta. Nic, to może przesada ale nie tak dużo. Około siedemnastej robimy obiad. Słoñce grzeje już o wiele słabiej. Zebraliśmy się o 18:30. Przejechać 120 km będzie ciężko, nawet bardzo ciężko bo na TRP mam dopiero 8 km. Jedziemy, nawet dość szybko. 40 km przed Cremoną Piła znów łapie gumę. Postanawiamy, że nas dogoni aby nie tracić czasu. Po drodze spotkałem pole pomidorów. Włosi sadzą je jak kartofle, żadnych tyczek nie dają. Narwałem ich sporą ilość. W koñcu coś jeść trzeba. Przed samą Cremoną dogania nas Piła. Dobrze bo już myślałem, że ma jakieś kłopoty z rowerem. Wjeżdżamy do miasta. Wszyscy jesteśmy głodni, a Agnieszka stwierdza, że dalej nie jedzie jeśli czegoś nie zje. Akurat napatoczyły się ławeczki. Siadamy i chwilę odpoczywamy. Wyjmuję chleb i pomidory. Piła chciał wyjąć czekoladę, którą rano kupiliśmy, ale się zdziwił gdy zobaczył, że jej nie ma. Sprawdził jeszcze raz. Nie ma. O kurczę ! Zgubił czekoladę, która miała służyć przez 3 posiłki. Ciekawe co będziemy jeść. Lirów już nie mamy, jutro sobota, więc banki w tym kraju nieczynne. Normalnie tragedia. Wcinamy chleb z pomidorami, bez masła, bo się skoñczyło. No cóż Piła wszystko gubi. Byłem zły na niego co mi się rzadko zdarza. Tłuczemy się dalej przez miasto. Jest dość duże i zabiera nam to sporo czasu. Przejeżdżamy przez most. Trzeba znaleźć miejscówkę. Zaraz za mostem skręcamy na polną drogę biegnącą po śmiesznym nasypie. W oddali widać znany nam już lasek. Zjeżdżam z małej górki i spotykam samochód. Włączyłem długie światło i widzę, że w środku czają się dziewczyna i chłopak. Są rozebrani. Napędziłem im stracha. Wjeżdżamy do lasu. Droga niezbyt uczęszczana i przez to mocno zarośnięta. Myślę, że po drugiej stronie lasu jest dostęp do rzeki. W połowie drogi coś zaszeleściło w krzakach. Agnieszka się przestraszyła i za nic nie chciała tu zostać, mimo iż była tu niezła miejscówka. Nie pomagało tłumaczenie, że to ptak albo zając. Zły jak nie wiem co, wróciłem na główną szosę. Jest północ a tej się zachciało histerie uprawiać. Samochodu pod lasem już nie było. Jedziemy kawałek, Aga przodem potem ja a na koñcu Piła. Aga zwalanie i za chwilę zatrzymuje się, więc my też. Potem jedziemy tak wolno, że trudno utrzymać równowagę. W koñcu zabieram się za szukanie miejsca do spania. Najpierw pole kukurydzy, nic z tego. Drugie pole kukurydzy, nic z tego, jakaś droga prowadząca gdzieś, też nic z tego. Nie ma gdzie spać. Ale co tam. Ja mogę jeszcze długo jechać, Piotrek pewnie też, a ona niech cierpi, skoro taka strachaiło. Decydujemy się odbić trochę od głównej drogi. Skręcamy w prawo i jedziemy jakieś 3 km. Już byłem bliski stwierdzenia, że będziemy spali nigdzie, jednak los okazał się łaskawy. Jeszcze parę razy skręciliśmy w lewo i w prawo i znalazłem niezłą miejscówkę nad stawem. Komary zmusiły nas do szybkiego rozłożenia namiotu. Przykryłem rowery folią i poszliśmy spać.

Sobota 3.08

Monticelli - Piacenza - Rivergaro - Bobbio i jeszcze kawałek dalej

Perspektywa głodu nie bardzo nam odpowiadała. Zjedliśmy wurstelki z chlebem tostowym, zwinęliśmy namiot i wróciliśmy do głównej szosy. Powrót do Cremony był nieopłacalny więc ruszyliśmy do Piacenzy. 20 km minęło dość szybko. Zobaczyliśmy pocztę. Agnieszka z Piotrkiem poszli zapytać czy przypadkiem nie można wymienić pieniędzy. Niestety nie, ale znalazł się człowiek, który znał angielski i zaoferował się pokazać nam gdzie jest otwarty bank. On jechał samochodem a my za nim. Agnieszka nie nadążała więc pojechał sam Piła. Pod bankiem usiadłem na schodach i czekam. Piła chciał wymienić 10 USD ze 100 USD ale nie mieli wydać. Pożyczyłem mu więc 10 USD. Za uzyskane pieniąchy kupujemy czekoladę, zepsute brzoskwinie i parę innych rzeczy np. jajka i tabliczkę czekolady którą schowałem na gorsze czasy. Zakupy robiliśmy w dziwnie tanim sklepie, trochę podobnym do makro tylko 10 razy mniejszym. Zjadamy owoce na miejscu, potem pedałujemy dość długo. Zaczynają się górki. Spotykamy rzekę Trebbia, a że słoñce praży ostro zatrzymujemy się na sen popołudniowy. W nocy w ogóle się nie wyspałem więc szybko rozkładam karimatę i zasypiam. Obudził mnie grzmot. Okazało się, że idzie burza. Krzyczę na Piotrka żeby wstawał, składam rower. Spadły pierwsze krople deszczu. Uciekamy przed burzą do przejścia pod drogą. Nie tylko my na to wpadliśmy bo była tu cała kupa ludzi. Robimy sobie jajecznicę. Deszcz pada i słoñce świeci. Śmiesznie. Jajecznica wyszła wspaniała. Zaczęliśmy jeść z jednej miski ale Agnieszka, która je wolniej podniosła protest więc podzieliłem na 3. Niewiele tego ale zawsze coś. Deszcz ustał więc wynieśliśmy się nad rzekę. Jest całkiem fajna tylko płytka. Znalazło się jednak głębokie miejsce ze skałką i pionową ścianą z kamieni. Bawimy się w skakanie do wody i wspinaczką po ścianie. Niestety woda przy ścianie miała 30 cm i bałem się skakać bez klapek (dno kamieniste) a w klapkach źle się wspinać. Gdyby woda miała tu ze 2 m głębokości można by spadać ze ściany dowoli, wspinać się i schodzić. Agnieszka pokazuje na zegarek więc koñczymy zabawę i jedziemy dalej. Burza znów zaczęła nas gonić. Kawałek za Bobbio zatrzymujemy się na obiad. Na murku leżał ładny kostium kąpielowy. Nowy, jeszcze z metką. Pewnie ktoś zapomniał. Robimy obiad parówki z serem i kluchy. We Włoszech nic innego nie ma. Już mam dość takiego żarcia. Wydzielam ciastka aby na dłużej starczyły. Po obiedzie schodzimy nad rzekę umyć miski i spotykamy dwóch czechów. Oni pordóżują stopem. Gadamy przez chwilę z nimi, potem jedziemy dalej. Zrobiło się ciemno. Nie widać górek, ale czuć. Najpierw długi ciężki podjazd potem szybki zjazd. Jazda w nocy po serpentynach bez świateł (bo się akumulatoty skoñczyły) jest bardzo fascynująca. Zmęczeni zatrzymujeny się na polanie. Właściwie to było czyjeś pole otoczone lasem, dla nas w sam raz. W głębi lasu słychać szum górskiej rzeki.

Niedziela 4.08

Ottone - Torriglia - Montoggio - Genova - Arenzano - Savona

Zaraz jak wstałem poszedłem nad rzekę i spotkałem golasów. Jakaś rodzinka. Pewnie myślą że ich tu nikt nie widzi. Wskoczyłem do wody, zimna i mokra. Super. Nawet dość głęboko. Wróciłem po chwili, zjadłem śniadanie i w drogę. Pierwsze 35 km pod górę szło dość opornie. Jednak potem przyjemny zjazd i piękne widoki. Bardzo wysokie wiadukty i tunele - podobało mi się. W krótki czasie znajdujemy się w Genovie. Dojeżdżamy do morza. Woda brudna i mętna. Trzeba wyjechać z miasta. Jedziemy na Savonę. Jakaś ulica, myśleliśmy, że to autostrada ale nie było znaku. 20 km męczarni. Z głodu zatrzymujemy się przed wiazdem do tunelu i robimy nasze ukochane parówki z makaronem. Trudno było umyć miski w słonej wodzie. Jeszcze kawałek jazdy i rozglądamy się za miejscówką do spania. Ale nie ma. Wszędzie albo miasto albo pionowa ściana. Spotykamy kawałek „trawy" tzn mały cypelek porośnięty trawą i krzakami ale okazuje się on być jakimś parkiem. Jedziemy jeszcze kawałek i znajdujemy stary obiazd tunelu. Idę na zwiady i stwierdzam, że jest nieźle. Tylko kłopot z wiazdem bo jest barierka. Na szczęście śruby w niej nie były zapieczone i „francuzem" odkręciłem kawałek barierki. Wjeżdżamy. Oparliśmy rowery o ścianę. Biorę latarkę w celu rozejżenia się po okolicy. Stara droga omija aktualny tunel lekkim łukiem, a jej koniec prowadzi na wiadukt. Wołam Piotrka i Agnieszkę aby się tu przenosili. Robimy sobie kolację z resztek pieczywa i czekolady. Potem idziemy się kąpać. Woda słona i chłodna. Super. Pływam sobie przez chwilę. Agnieszka bała się pływać bo myślała, że ją zaraz fale porwą. W koñcu wracamy na naszą supermiejscówkę. Nad nami wschodzi mocno czerwony księżyc. Szum morza działa bardzo usypiająco.

Poniedziałek 5.08

Finale - Albenga - Imperia - San Remo - Ventimiglia - Menton (102 km)

Obudziłem się z gorąca. Po prostu nie dało się spać. Pierwszą rzeczą jaką zrobiłem była kąpiel w morzu. Woda idealnie krystaliczna, widać dno przez 4 metry cieczy. Szkoda, że nie wziąłem maski, ale trudno. Wracam po wielkich kamulcach na nasz wiadukt. Wczoraj jak tędy szedłem skaleczyłem się w palec u nogi i teraz boli. Chodzenie w klapkach nie jest najlepszym pomysłem. Tabliczka czekolady którą zbunkrowałem w sobotę teraz była jedyną przekąską ratunkową. Piła wypominał nam to, że mu wciskaliśmy, że nie ma czekolady. Przynajmniej teraz jest co jeść. Gdy Agnieszka krzątała się przy składaniu rzeczy ja wylazłem na górę aby zrobić zdjęcie. Góra jest tu obłożona grubą siatką drucianą i świetnie się po niej włazi nawet gdy jest zupełnie pionowo. Zrobiłem zdjęcie, popatrzyłem na morze i okolice i wróciłem na dół. Przyszedł też Piła który zażywał morskiej kąpieli. Chwilę gadamy, gdy nagle zobaczyliśmy dwóch gostków. Zbliżyli się i pokazują legitymację policyjną i zaczynają coś gadać po swojemu. Z krzaków wyskoczyło dwóch kolejnych, uzbrojonych po zęby : automaty, pistolety, seria granatów przy pasie itp. Z ich gadania nic nie wynikało więc Piła rzucił : „English please". Włoch popatrzył, pomyślał i coś wydukał pod nosem : „English..., English..." i poszli. Zaczęliśmy się śmiać. Pewnie szukają szefa lokalnej mafii a znaleźli trójkę rowerzystów. Piła bardzo się wystraszył. Mówił, że prawie miał kupę w majtkach. Ja się aż tak strasznie nie bałem, bo co nam mogą zrobić. Właściwie to nic, nie było zakazu wstępu na wiadukt. Poskładaliśmy do koñca nasze rzeczy i wyjechaliśmy na drogę. Zakręciłem śróby w barierce tak jak były. Teraz szukamy banku lub kantora, żeby wymienić agnieszkowe dwa dolary na liry. Będzie ze 3 tysiące. Na chleb wystarczy. Zaczęło kropić. Kawałek dalej był supermarket coop. Chcieliśmy kupić 3/4 chleba ale nie było można. Poprosiliśmyu więc o pół i jeden mały. Okazało się, że brakuje nam pieniędzy bo mamy 2900 a zapłacić trzeba 2950. Piła na szczęście uratował sytuację, choć Agnieszka zdążyła mi nagadać, że kupiłem w sobotę ketchup za liry, które nam zostały. Zdobyty chleb zjadamy pod sklepem z podejrzanie tanią szynką i resztką sera żółtego. Złośliwy deszcz rozpadał się w środku śniadania. Później ruszyliśmy w dalszą drogę. Do Francji zostało nam jakieś 90 km. Piła pojechał gdzieś do przodu. Po drodze korek samochodów. Jazda między nimi bardzo mi się podoba. Samochody jednak nie mają przyszłości bo zajmują za dużo miejsca. Pruję ile wlezie. Przegoniłem Piotrka, ścigam się z jakimś autobusem, potem ze skuterkiem. Korek miał z 15 km. Na koñcu czekam na nich. Piła przyjechał zaraz, Agnieszka trochę później. Jedziemy razem przez jakiś czas lecz górka na którą trzeba wjechać powoduje, że odległości między nami szybko rosną. Górka jest dość spora. Agnieszka twierdzi, że źle się czuje i dalej nie pojedzie. Mówię jej żebyśmy wjechali na szczyt, tam odpoczniemy. Tak też było. Wylałem na nią pół bidonika wody, żeby ochłonęła. Dalej jest niezły zjazd. Mijamy kolejne miasteczka. W jednym z nich spotykamy Piotrka. I znowu górka. Aga lepiej się czuje więc nie będzie problemu. Wzdłuż drogi rosną ogromne aloesy i fikusy. Palmy robią za drzewa przydrożne. Do granicy 20 km. Jednak jest już osiemnasta i możliwe, że niezdążymy do sklepu. Agnieszka proponuje, żebym pojechał szybciej i zrobił zakupy. Zgadzam się wspaniałomyślnie, zostawiam jej mapę i ruszam szybciej. Doganiam Piłę, krótko omawiamy szczegóły szukania się i czekania na Agnieszkę. W Ventimiglia spotykam samochód na warszawskich. Krzyczę im „cześć warszawiacy!" i jadę dalej. Spieszę się bardzo. Oczywiście korek na drodze. Przejeżdżam parę razy na czerwonym świetle, ale tutaj wszyscy tak robią. Kawałek pod górkę, wpadam do tunelu o długości 800 m i zanurzam się w gęstej zawiesinie spalin samochodowych. Nie ma czym oddychać, prędkość mi spada do 30 km/h. Stojące w korku samochody ciągle kopcą. Wyjeżdżam z tunelu prawie uduszony. Jeszcze chwila jazdy i widzę znak „FRANCIA 1.4 km". Nagle rozjazd, jedna droga w dół druga w górę. Pytam jakiejś kobiety którędy mam jechać. Okazuje się, że wszystko jedno. Jadę więc w dół. Za chwilę jestem na granicy. Celnik kazał mi jechać ale bardzo chciałem mieć stempel wjazdowy. Musiałem się z Francuzem dogadać (po angielsku i na migi) o co mi chodzi, a jak zrozumiał to pomruczał coś na temat Polaków i oglądał dokładnie paszport. Dostałem stempel i jestem we Francji w Menton. Nareszcie. Od razu zrobiło mi się jakoś weselej. Z wrażenia o mało nie władowałem się w jakiś samochód. Dojechałem do świateł i pytam dzieciaków na skuterze gdzie jest jakiś supermarket. Popatrzyli na mnie jak na zjawę. Jeszcze kawałek i jest INTER-U. Chciałem wziąć wózek ale nie mieli rozmienić 200 FRF. Trudno poradzę sobie. Najpierw kupiłem masło i wodę gazowaną. Myślałem, że mi wydadzą 10 FRF na wózek, ale nic z tego. Więc wchodzę jeszcze raz. 30 sek. później jakaś kobieta nie mogła już wejść bo zamykali sklep. Czasem mam trochę szczęścia. Wypatrzyłem taki mały wózek dla dzieci. Kupiłem 3 puchy ravioli, chleb, kawałek wursta, czekoladę (a jakże), 3 puszki PEPSI, ser żółty, wino i coś tam jeszcze. Będzie wyżerka. Wydałem ponad 100 FRF. Wychodzę i zaczynam pakować zakupy wypijając przedtem 1.5 litra wody. Po chwili wybiega kasjerka z moją portmonetką. Zostawiłem przy kasie. O kurczę. Podziękowałem jej ładnie po francusku. Spakowałem zakupy i człapię się powoli uliczką w Menton. Wjechałem na chodnik. Zrobiłem sobie zdjęcie samo wyzwalaczem. Siedzę i pogwizduję. Wołam Piłę przez radio, ale nikt się nie odzywa. Czekam jeszcze chwilę, patrzę, jedzie Agnieszka i Piotrek. Z daleka na migi pytają czy mam żarcie. Jak im pokazałem, że mam bardzo się ucieszyli. Sprowadziliśmy rowery po schodach na plażę. Bardzo fajna. Barierka do oparcia rowerów. Prysznic, kran, drobne kamyczki, palmy i ogromne aloesy. Wskakujemy do wody z wielkim okrzykiem radości. Jak dobrze mieć co jeść. Robimy trzy puchy rawioli z kluchami. Powiem szczerze: najadłem się. Pierwszy raz od tygodnia. Kładę się na karimacie plaży i leżę. Agnieszka i Piotrek robią to samo. Odpoczywam i piszę dziennik. Mam duże zaległości, bo ostatnio pisałem w czwartek. Wypytuję Piłę o szczegóły, bo już nie pamiętam. Śmiejemy się, że tak szybko ulatuje z głowy. Pierwsze dni wyprawy wydają się jak nie z tego roku. Jakaś jura, jakieś zamki - kiedy to było? A to tylko trzy tygodnie. Słoñce powoli zachodzi, a z za góry wyszedł czerwonoognisty księżyc. Właściwie to pół księżyca. W Polsce praktycznie nigdy nie jest taki czerwony. Leniuchujemy sobie, trochę śpimy, co jakiś czas wskakując do wody. Zrobiło się już zupełnie ciemno. Ja i Piotrek przenosimy rowery kawałek dalej gdzie będziemy mniej widoczni. Agnieszka tak się rozespała, że nawet nie zauważyła tych przenosin. Dopiero jak ją obudziłem zobaczyła, że nie ma rowerów. Śmiejemy się, że można by tak zasnąć w Warszawie i obudzić się tu na plaży, bez rowerów, forsy, dokumentów i innych rzeczy. Spięliśmy i przykryliśmy rowery folią. Pogoda zapowiada się bardzo dobrze, po chwili wszyscy już śpimy.

Wtorek 6.08

Menton - Monaco - Nice - Fort Carre

Ktoś powiedział „bonżu". Otwieram oczy i widzę policjanta. Przez chwilę myślałem, że już po nas, ale policjant był pozytywnie nastawiony. Powiedział tylko, że pora wstawać i jeszcze coś o świeżych bułeczkach. Jest 7:10. Zwinęliśmy śpiwory i śpimy dalej. Jednak w krótkim czasie słonko przypomniało nam o sobie. W związku z tym wskoczyłem do wody. Agnieszka zrobiła tak samo. Dostaliśmy się do pływającego pomostu i znaleźliśmy zabawę w skakanie do wody. Piła też się pojawił. Po pewnym czasie wychodzimy i robimy śniadanie, po czym znowu do wody. Piła wziął maskę i rurkę i poszedł nurkować. Po chwili wrócił z małą rozgwiazdą i muszlą ślimaka. Dwaj mali chłopcy, którzy też się bawili przy pomoście, zainteresowali się rozgwiazdą. Mówili, (Aga tłumaczyła) że ktoś tam złapał większą i czerwoną. Stwierdziłem, że też muszę coś złowić, więc założyłem maskę i wlazłem do wody. Jednak ze względu na wąsy i brodę maska nie była szczelna. Wkurzyłem się i zgoliłem trochę wąsów przez co bardzo się nie podobałem Agnieszce. Po tym zabiegu maska lepiej przylegała do twarzy. Płynę sobie i oglądam ryby pod wodą. Płynę, płynę. Zobaczyłem większą rozgwiazdę niż ta Piły. Chciałem ją wyjąć ale woda w tym miejscu była bardzo głęboka. Po prostu brakowało mi tlenu. W związku z tym popłynąłem jeszcze kawałek i spotkałem wędkę. Zabrałem ją ze sobą i wracam. Pokazałem im swą zdobycz. Bardzo się śmiali. Nasza miejscówka, okazała się być plażą kolonijną więc musieliśmy się wynosić. Pojechaliśmy do Monaco. Przed samym wjazdem zatrzymałem się przy krzakach w wiadomym celu. Po chwili gonię ich i widzę rozwidlenie. Jedna droga idzie w dół, druga w górę. Pojechałem w dół, po co się męczyć. Jadę, jadę ale Agnieszki i Piotrka nie widać. Wołam więc przez radio. Okazało się, że pojechali w górę. Dziwię się, że im się chciało. Umawiamy się pod Carrefourem-Monaco. Po drodze był bardzo fajny tunel z rozjazdami i rondem. Wyjechałem z tunelu tuż obok supermarketu. Ich jeszcze nie ma. Zawołałem przez radio, że już jestem pod sklepem i czekam. Moja droga była łatwiejsza i krótsza, dobrze wybrałem. Usiadłem pod czymś, co się później okazało być nowoczesnym ołtarzem i piszę dziennik. Zapisałem ze dwie strony gdy przyjechali Aga i Piotrek. Razem z Piłą idę na zakupy. Agnieszka została pilnować rowerów. Mieliśmy przez chwilę problem ze znalezieniem supermarketu i pojeździliśmy trochę windą. Później poszedłem z Agnieszką na jeszcze jeden obchód. Kupiliśmy w sumie sporo rzeczy. I takie małe dziwne owoce, dość drogie. Były całkiem niezłe, takie inne winogrona, tylko skórkę miały super. Piła wypatrzył, że rozwalił mu się bagażnik. Będzie problem bo jest aluminiowy i kłopot ze spawaniem. Na razie powiązał go telefonikiem. Postaliśmy jeszcze chwilę i ruszamy do Nice. Przejechaliśmy kawałek, patrzę do tyłu czy jedzie Agnieszka ale jej nie widzę. Czekamy chwilkę, ale nie przyjeżdża. Czyżby zgubka. Wracam na skrzyżowanie i jadę kawałek inną drogą do Nice. Chciałem zapytać jakiegoś policjanta czy widział Agnieszkę ale nie znał angielskiego. Wracam i ustalamy następujący plan. Piła jedzie pod sklep a ja szukać Agnieszki. Ciągły kontakt przez radio. Jadę ponownie tą inną drogą do Nice i po 7 km spotykam ją. Wracała pod sklep, dobra dziewczyna. Zawołałem przez radio Piotrka, wytłumaczyłem z grubsza jak ma jechać i czekamy. Po 20 min. już powinien tu dawno być. Wołam ponownie przez radio. Okazało się, że pojechał gdzieś przez jakiś tunel i jest wysoko nad nami. Niech nikt nie myśli, że się nauczył latać. Po prostu obok jest góra. Udzielając sobie wskazówek i posługując się aktualnymi widokami na morzu (w stylu : widzisz dwa białe statki?... widzę...) wkrótce się znajdujemy. Co prawda, kosztowało nas to wjechanie na całkiem sporą górkę serpentynami, co się Agnieszce wybitnie nie podobało. Konsultując się z mapą i lokalnymi drogowskazami ustalamy naszą pozycję na świecie i ruszamy dalej. Droga prowadzi oczywiście pod górkę, więc Agnieszka zaczyna robić cyrki, że mogliśmy jechać wybrzeżem po równym terenie. Zdenerwowałem się na dobre. Jak nie chcesz jechać do sobie stój. Zatrzymałem się kawałek dalej i poszedłem po wodę. Wróciłem i jadę. Agnieszka pomarudziła jeszcze przez chwilę i pojechała. Podjazd był dość długi ale za to widoki wspaniałe. Na szczycie góry leży miasteczko. Całkiem ładne. Zrobiłem zdjęcie ale mój obiektyw nie objął tego co chciałem. Poszedłem pooglądać pocztówki i okazało się, że jest tu jakiś ogród kaktusów i roślin egzotycznych. Zastanawiałem się nad znalezieniem tego miejsca ale Agnieszka pojechała (wciąż jest na mnie obrażona) więc nie wspominałem o tym. Zjazd jest bardzo przyjemny. Zasuwamy 60 km/h. Szkoda, że nawierzchnia jest nierówna, bo trzeba bardzo uważać. W dole rozciąga się widok na Nice i Lazurowe Wybrzeże. Wjeżdżamy do miasta. Agnieszka wypatrzyła ulicę Lecha Wałęsy. Pewnie Francuzom pomieszało się w głowach. Poszukaliśmy trochę zakładu ze spawaniem w argonie ale nic z tego nie wyszło. Przegryzkę zrobiliśmy sobie w porcie. Kiełbasa kupiona dzisiaj rano była bardzo „niespójna" i był niemały kłopot z krojeniem (noże po 3 tygodniach wyprawy są już bardzo tępe). Były też gniazdka sieciowe i możnaby podładować akumulatory, ale nie skorzystaliśmy. Dalej jedziemy tuż nad brzegiem morza, trochę ulicą a trochę chodnikiem. Zatrzymałem się przy toaletach, Aga też, a Piła jak zwykle pojechał gdzieś do przodu. Zagadnął mnie jakiś Francuz z kolarką, wskazując na CB-RADIO. Ja z kolei pokazałem na Agnieszkę i czekałem około 1.5 godziny aż się skoñczy gadka. Ona nieźle mówi po francusku. Po chwili przyszedł jeszcze jeden Francuz. Kazałem jej zapytać o GAZ i spawanie. Odpowiedzieli, że z gazem spoko, a o spawaniu nie mieli pojęcia. Nie pomogły nawet moje piękne rysunki. Piotrek był bardzo zły na nas, że tyle musiał czekać. Francuzi powiedzieli nam jeszcze gdzie są znośne miejscówki do spania. A te bardzo by nam się przydały bo się zrobiło zupełnie ciemno. Pierwsza była przy Fort carré. Po drodze zawadziliśmy jeszcze o jakieś „wesołe miasteczko" ale poza skokami na gumie i kupą ludzi, nie było tam nic godnego uwagi. Obok był camping z „nieziemskimi cenami". Gdy zbliżaliśmy się do Fort carré, Piotrek urządził sobie wyścigi. Musiałem go gonić, bo minął miejscówkę. Wróciłem i poszedłem na zwiady. Gorsze miejsca niż to zdarzają się rzadko. No, ale trudno. Najpierw przy ławeczce robimy obiad. Wypiłem piwo i strasznie zachciało mi się spać. Aga też się rozłożyła. Tylko Piotrek był na nogach i robił obiad. Ravioli w większym wydaniu z kluchami i sosem pomidorowym, jakoś mi nie wchodziło. Tak maksymalnie śpiący to dawno nie byłem. Kluchów nie zjadłem, podobnie jak Agucha. Przenieśliśmy się na miejsce spania. Agnieszka tak mocno spała, że ledwo ją dobudziłem. Gdy tylko się położyłem i zamknąłem na chwilę oczy przyszedł Kuba (szczur). Skubaniec nic się nie boi. Jak zaświeciłem latarką, to uciekł między skały i patrzy. Potem znów przyszedł ale tym razem od strony rowerów. Bałem się, że może pogryźć sakwy, ale rano okazało się, że tylko zjadł suchy chleb, który leżał na wierzchu. W środku nocy przyszła zapłakana Agnieszka, że ma śpiwór gdzieś tam i w ogóle świat jest zły. Na szczęście wyjąłem jej go wcześniej, przed „zaalarmowaniem" rowerów.

Środa 7.08

Antibes - Mougins - Sartoux - Pegomas - Cannes

Gorąco. Nawet bardzo gorąco. Lewe ucho mi się zatkało. Obrzydliwe uczucie. Kurczę zaraz się wścieknę. Zjedliśmy trochę chleba i poszliśmy na plażę z prysznicami. Piotrek znowu złapał gumę. Kąpiemy się, piję sobie piwo. Piotrek łata dętkę ale ma jakieś kłopoty - trzeba nową. W związku z tym ustalamy taki plan : Piła siedzi na plaży i się nudzi a my jedziemy do Carrefour’a w Antibes. Droga zajęła pół godziny. Oczywiście pod górę. Od tego siedzenia na plaży nie mam mocy w nogach. Carrefour jest ogromny. Szukam części rowerowych. Przydały by się wrotki. Znalazłem. Nawet spory wybór i niedrogo. Za dętkę 23 FRF ( to jest ok. 12 zł), to tyle co za czeską w Polsce i to po znajomości. Chodzę po sklepie i kupuję różne rzeczy. Między towarami trzeba przejść conajmniej kilometr. W koñcu wracam i zostaję przy rowerach żeby Agnieszka mogła zwiedzić sklep. Czekam i piszę. Obok mnie stoi motor. Honda. Bardzo mi się podoba, choć wcale nie jest duża i nie ma „bajerów". Za to ma ładne chromy w stylu harley’a. Przyszła Agnieszka zapakowaliśmy rzeczy i wracamy. Patrzę na zegarek. Piąta godzina. Śmiejemy się, że Piotrek pewnie jajko zniósł na tej plaży. Po drodze kupujemy watę do czyszczenia mojego ucha. Wciąż jest zatkane. Po 15 minutach (bo było z górki) docieramy do plaży przy Fort carré. Piła jajka nie zniósł i nawet nie był taki niezadowolony jak myśleliśmy. Wykąpałem się, Piła złożył rower i w drogę - szukać campingu z rozsądnymi cenami. W koñcu trzeba się gdzieś porządnie wykąpać i uprać ciuchy. Pojechaliśmy na Grasse. Zaczęły się fajne lasy, co prawda jakiś tam park narodowy, ale co chwila ławeczki i parkingi spaniowe. Mijamy Mougins, w Sartoux skręcamy na Pegomas. Spotykamy zakład z napisem „aluminium". Piła pojechał więc pogadać z kimś czy można tu naprawić bagażnik. Aga poszła na siusiu, a ja oglądam sobie jakieś urządzenie elektryczne z cyfrowym odczytem, w szafie z urwanymi drzwiami. Ze spawania nic nie wyszło bo już jest za późno, więc jedziemy dalej. Uliczka tu jest bardzo wąska, że ledwo się samochód osobowy mieści. Mijamy Pegomas i znajdujemy camping. Ceny okropne. Za 2 osoby, miejsce i auto - 60 FRF. Idziemy do recepcji i gadamy, że my nie mamy auta. Agnieszka trochę się kłóci z Francuzami, ale nie chcą obniżyć ceny. Trudno, pojedziemy gdzie indziej. W następnym campingu ceny jak w poprzednim tyle, że razy dwa. Według mapy powinny być ty jeszcze dwa campy jednak w rzeczywistości jakoś ich nie ma. Próbowałem pogadać z jakimiś dzieciakami, ale się przekrzykują na wzajem i wymachują rękami, więc nie wiele zrozumiałem. W koñcu dojeżdżamy do Cannes - już w nocy. Agnieszka znowu ma dziurę w tylnym kole. Przecież nie może być gorsza od Piotrka. Zatrzymujemy się pod jakąś restauracją w celu nabrania wody. Próbuję dopompować jej koło ale powietrze szybko ucieka więc trzeba łatać. Naprawę łączymy z obiadem. Kurczak z ryżem - wyśmienite żarcie. Założyłem Agnieszce nową dętkę bo dziura była przy samym wentylku. Załatałem starą ale tylko w razie totalnej awarii można ją użyć. Szukamy miejscówki. Przed wiaduktem autostrady Agnieszka wypatrzyła camping a właściwie tabliczkę-drogowskaz. Oczywiście był już zamknięty. Trudno. Jedziemy jeszcze kawałek i się rozdzielamy. Agnieszka zostaje na rondzie, ja jadę w górę a Piła w dół. Łączność mamy przez radio. Przy tym rondzie widzieliśmy jak do samochodu przymocowany był pręt o półmetrowej długości, do niego smycz a na koñcu smyczy był pies. Samochód jechał powolutku, a pies się „wyprowadzał" na „biegnący" spacer. Bardzo mnie to rozbawiło - choć było smutne. Dojechałem na szczyt górki i spotkałem wielki spychacz. Znalazłem niezły zaułek ale pełno tu śladów gąsienic i kiepsko by się spało. Zostawiłem rower. I poszedłem rozejrzeć się jeszcze trochę. Przypadkowo wypatrzyłem wejście do lasu. Wewnątrz zarośnięte schody i ścieżka. Myślę sobie, pewnie prowadzą do jakiejś posesji. Mimo to idę dalej i docieram do ruin budynku. Super. Już wiem, że dziś wygodnie śpimy. Wracam do roweru i wołam Piotrka. On nic ciekawego nie znalazł. Więc mówię mu aby „zgarnął" Agnieszkę i się tu pojawił. Po chwili wciągamy rowery na „moją" ścieżkę. Upatrzyłem sobie kącik do spania, ale Aga też więc jej go odstąpiłem. Robimy herbatę i wcinamy chleb z czekoladą. Jakoś ciągle ją jemy mimo iż Włochy się dawno skoñczyły. Położyłem śpiwór na ścieżce, a że jest okrągły to się stoczył. Skoczyłem za nim natychmiast, aby słyszeć gdzie leci. Przez chwilę myślałem, że go już nie znajdę, była by tragedia. Na szczęście zaklinował się między skałą a drzewem. Później spadło mi jeszcze piwo, ale już nie tak daleko. Kładę się spać obok roweru. Wyciągam patyk spod karimaty i zasypiam.

Czwartek 8.08

Cannes - St. Raphael - Ste. Maxime (65km)

Dziś pewnie będzie lało. Niebo jest mocno zachmurzone. Choć słoñca nie ma, wylazłem ze śpiwora cały spocony. Zwijam go jednak szybko i zabezpieczam bagaż na wypadek deszczu. I słusznie bo zaraz zaczęło kropić. Mokniemy sobie jedząc śniadanie, mokniemy też sprowadzając rowery i jadąc ulicą. Piotrek pojechał szukać zakładu ze spawaniem aluminium. Umówiliśmy się na drodze do St Tropez. Jedziemy z Agą przez dziwnie spokojne osiedle willi w Cannes. Zatrzymujemy się też na chwilę na stacji benzynowej BP. Reguluję Agnieszce przerzutkę. Coś tu jest krzywo. Musiałem ją trochę wyprostować. Po tych zabiegach przerzutka działała całkiem nieźle. Przestało padać i zrobiło się niesamowicie duszno. Nie ma czym oddychać. Zatrzymujemy się ponownie przy jakimś targu, kupuję cztery brzoskwinie, które od razu zjadamy. Dalsza droga wije się wśród gór. Zaczęły się już skałki, te które mi się tak podobają. Znów zbiera się na deszcz. Właściwie to na burzę. O umówionej godzinie włączam radio i odzywa się Piła. Byliśmy 7 km przed St Raphel. Zatrzymujemy się na przystanku. Po chwili dogania nas, mówiąc o pozytywnym załatwieniu sprawy bagażnika. Schodzimy więc kawałek w dół, na plażę i robimy jedzenie. Chmury na niebie pociemniały i zerwał się silniejszy wiatr. Pioruny coraz bliżej. Zaraz będzie lało. Wciągamy rowery spowrotem na przystanek. Ja i Piotrek przebieramy się w kąpielówki bierzemy maski i idziemy do morza. Woda oczywiście ciepła, mimo szalejącej nad nami ulewy. Będąc pod wodą patrzę sobie na krople deszczu wpadające do morza, ryby, rośliñska i inne potworki. Niezły widok. Pływamy tak dobre pół godziny. Trochę mi cieknie maska - jak zwykle. Nawet nie zauważyłem kiedy przestało padać. Wyszliśmy z wody. Na przystanku zjedliśmy jeszcze trochę orzeszków, które Agnieszka kupiła gdzieś tam po promocyjnej cenie 3 FRF za 0.25 kg. Później zbliżamy się powoli do St Tropez. Zrobiło się ciemno. Wcale nie łatwo poszło mi szukanie plaży spaniowej. Bo albo przyjechało jakichś dwóch gostków na pyrkawkach, albo restauracja nad samym morzem, albo znów nie było jak sprowadzić rowerów. W koñcu po przebyciu 0.5 km po nadbrzeżnych skałach wypatrzyłem dogodne miejsce. Chwilę później wpakowaliśmy się tam wszyscy. Odetkałem sobie ucho. Agnieszka wymyśliła abym także przeczyścił sobie drugie. Wcale to nie był dobry pomysł - zatkało się. Zaczął się ponowny koszmar tyle, że z drugim uchem, bo się nie chciało odetkać. Piotrek rozłożył się na półce skalnej, a my na żwirku między skałkami. Od drogi osłonięci jesteśmy kępą drzew. Położyłem sobie latarkę na skałce, a ta wpadła mi do wody. Nic dobrego bo jest nieszczelna (przypaliła się podczas „pożaru" w samochodzie. Musiałem się rozebrać i wleźć do wody. Ale na szczęście nie było tak głęboko jak myślałem. Nie musiałem moczyć włosów, na szczęście.

Piątek 9.08

St. Tropez (30km)

Już trochę przywykliśmy do piekła o 6 rano, jednak wolałbym trochę cienia. Opychamy się „śniadaniem" czyli bułką z czekoladą. Później nurkujemy i leniuchujemy. Agnieszka smaży się na słoñcu. Znów będzie miała udar lub coś takiego. Ja rozłożyłem się w cieniu drzewek i piszę dziennik. Piotrek też. Plażowicze zaczęli się schodzić i coś marudzą pod nosem, pewnie, że zajmujemy „ich" miejsce. Co tam, wcale nie „ich" tylko teraz „nasze", niech sobie znajdą inne. Później włażę do wody. W ten sposób spędzamy cały dzieñ. Około 16 robimy przegryzkę. Agnieszce wypadła plomba. Kurczę tragedia!!! Ona już do Polski pociągiem chce wracać! Pooglądaliśmy polisę ubezpieczeniową. Napisali, że trzeba skontaktować się z jakąś firmą w Paryżu. Podobno na ich koszt. (Już to widzę) Pewnie stwierdzą, że się to stało przed wyjazdem i chcemy się tu leczyć. Całe to ubezpieczenie jest zupełnie bez sensu. To samo z moim uchem. Jestem w 100% przekonany, że musiałbym zabulić za laryngologa z własnej kieszeni. Oni zapewniają tylko transport zwłok do kraju i to z wielką łaską. Około 17 stwierdzamy, że trzeba by się wreszcie ruszyć. Składamy leniwie bagaż i wydostajemy się na drogę. Do St Tropez mamy tylko 20 km, jednak droga okropnie się ślimaczy. Przy zjeździe z N98 na drogę do St Tropez spotykamy Geant Casino. Nic lepszego niestety się nie zapowiada. Co prawda były znaki do Eleclerc’a ale w Cogolin a to nam nie odpowiadało. Wszedłem pierwszy do sklepu i kupiłem dwie puszki pepsi. Potem na właściwe zakupy poszli Aga z Piotrkiem. Usiadłem sobie na krawężniku i myślę nad brakiem gazu. W zasadzie zrobienie przejściówki z Camping na Epi Gaz nie jest takie trudne. Trzeba by tylko znaleźć jakiś zakład ślusarski i wywiercić parę otworków w blaszkach. Da się zrobić. Popijam sobie pepsi. Zacząłem też myśleć o innym problemie, mianowicie o braku prądu. Mój akumulator jest już tak słaby, że nie świeci nawet tylna lampa. Wrócili, więc poszedłem jeszcze raz dokładnie obejrzeć butle od camping gazu. Wszystko było zgodne z moimi rozważaniami. To dobrze. Obejrzałem sobie jeszcze narządka. Mają tu takie zestawy do lutowania aluminium. Kosztuje 30 FRF. Nie tak bardzo dużo. U nas metr takiego drutu kosztuje 20 pln, a tu taniej i jeszcze specjalną pastę dają. Pozbieraliśmy graty i w drogę. Oczywiście nie obeszło się bez błądzenia. Najpierw jechaliśmy dobrze a myśleliśmy, że źle. Potem jechaliśmy źle, a myśleliśmy, że dobrze, a potem musiałem objeżdżać pół ronda „pod prąd" w celu obejrzenia drogowskazu z drugiej strony. Spotkałem Polaków w samochodzie. Wreszcie wyjechaliśmy na właściwą drogę, a chwilę później byliśmy w St Tropez. Wymyśliłem, że pojedziemy do portu podładować akumulatory. Są tam takie gniazdka w które „włączają" się statki. Pomysł został zaakceptowany więc po krótkim czasie znaleźliśmy się w porcie. Szafki z wodą i prądem faktycznie były. Bardzo mnie to ucieszyło. Zaraz podłączyłem ładowarkę. Mój rower znów zaczął mieć prąd. Zaczęliśmy też robić obiad, to znaczy robili Piotrek i Agnieszka a ja przysypiałem na karimatce. Około północy wyjeżdżamy z portu i pojawiamy się w centrum. Kwitnie tu nocne życie. Kafeje i imprezy. Przeciskamy się przez tłum ludzi. Według planu który gdzieś tam wisiał, powinniśmy skręcić obok cmentarza. Jednak droga prowadziła stromo pod górę. Nie było by to problemem, gdybym nie zapytał Agnieszkę czy na nią wjedzie. Ona się oczywiście obraziła i powiedziała, że skoro my ją tak traktujemy, to ona pod żadną górę nie pojedzie i już. Na masz ci los. Ale trudno, ja mogę spać byle gdzie a ona niech się martwi. Wobec tego jedziemy w dół nad morze, przepychając się przez ciasny tłum ludzi. W koñcu wyjeżdżamy z miasteczka i dostajemy się nad jakąś plażę. Zamiast piasku są tu jakieś zwitki trawy trochę przypominające owoce kiwi. Śmieszne. Idę sobie po tych zwitkach rozglądam się po okolicy. Wzdłuż rosną wysokie trzciny. Niektóre mają po 4 m albo więcej. Co jakiś czas zdarza się drzewo. W koñcu dochodzę do białej budki. Obok jest kran i prysznice. Super. Już dawno chciałem się porządnie wykąpać w słodkiej wodzie. Wracam po rower (po Agnieszkę i Piotrka też). Za chwilę kładziemy się spać. W środku nocy obudziły mnie błyski latarki i czyjeś kroki. Podniosłem głowę i widzę czworo ludzi. Pewnie wracają z miasta na łajby. Bardzo się interesowali Piotrka rowerem. On spał 10 m od nas. Po chwili podeszli bliżej. Okazało się, że to policjanci. Była wśród nich kobieta. Postali, popatrzyli, poświecili latarką i poszli. Dalsza część nocy upłynęła bez przygód.

Sobota 10.08

St Tropez - Cogolin - Mole - Hyeres - Carqueiranne - Toulon - Sannary s. Mer ( 105 km)

Gdy słoneczko jeszcze niziutko wisiało nad ziemią szybciutko wydostałem się ze śpiwora i poszedłem pod prysznice. Na szczęście plażowiczów jeszcze nie było. Po chwili Agnieszka też wstała. Przydałby się szampon. Na szczęście Piotrek nam użyczył swój (jak tylko wylazł ze śpiwora). Plażą szła jakaś kobieta w samych majtkach. Podeszła do kranu i coś tam prała. Okazało się, że jest czeszką. Pogadaliśmy z nią chwilę. Bardzo była zadowolona z tego, że we Francji może chodzić z gołymi piersiami i nikt się nie bulwersuje. Umyłem się bardzo dokładnie i uprałem wszystkie brudne rzeczy. Szkoda, że nie można się umyć na zapas bo niewiadomo kiedy znów będzie taka okazja. Uprane rzeczy rozwiesiłem na pomoście oraz na folii i przystąpiliśmy do standardowej procedury śniadaniowej. Dziś dla urozmaicenia jest ser żółty i kiełbasa (poza oczywiście czekoladą). Zaczęli się schodzić plażowicze. Przyszedł też facet z budki i czepnął się ciuchów na pomoście. Zdjąłem je. Były tylko lekko wilgotne. Później wróciliśmy do St Tropez. Przy wyjeździe z plaży jacyś ludzie wypytywali Agnieszkę skąd jesteśmy, dokąd jedziemy itp. Wjechaliśmy na główny deptak. Kilka zdjęć ze statkami angielskich snobów, kartki do znajomych, trochę też kręcimy się po wąziutkich uliczkach. Trzeba przyznać, że jest tu ładnie. W koñcu uznaliśmy, że dość tej zabawy i trzeba jechać dalej. Dotarliśmy do głównej drogi, minęliśmy Geant’a w którym wczoraj robiliśmy zakupy i jedziemy do Cogolin do Eleclerc’a. Są znaki więc się nimi kierujemy. W pewnym momencie znaki wskazują na drogę odbijającą mocno w prawo. Skręcamy ale po 500 m pod górę wydaje się dziwne aby supermarket był w lesie między górami. Pytamy jakichś ludzi, lecz potwierdzają, że jest. Na jakimś zakręcie spotykamy obfitość jeżyn. Jeszcze niewiele jest dojrzałych, ale i tak się objedliśmy. Kawałek dalej znów trafiamy na znaki Eleclerca. Dojeżdżamy do rozwidlenia i skręcamy w lewo i znajdujemy sklep. Okazało się, że gdybyśmy skręcili w prawo droga byłaby o jakieś 2 km krótsza. Robimy zakupy. Właściwie to robią Agnieszka i Piotrek. Ja tylko kupiłem pepsi i mleko i mi zabrakło pieniędzy. Okazało się później, że pepsi w tym sklepie kosztuje 5 FRF (ale drożyzna). Usiadłem sobie na barierce w cieniu i troszkę przysnąłem. Cieñ jak to cieñ lubi być złośliwy bo po chwili głowę miałem w pełnym słoñcu. Zezłościło mnie to z lekka i poszedłem pooglądać mapy na stojaku przed sklepem i historyczny motorower z silnikiem z przodu „ocierającym" o oponę. Zjedliśmy coś przed sklepem i w drogę. Piotrek oczywiście wyrwał do przodu a Agnieszka została z tyłu. Kurczę co mam z nimi zrobić. Dogoniłem Piotrka i powiedziałem aby na nas gdzieś poczekał. Ten z kolei musiał wyrazić swoje niezadowolenie z wolniejszej jazdy dziołchy. Powinienem też zacząć narzekać. Na przykład, że słoñce nie jest księżycem, kurcze blade! Agnieszka jechała wolno jakby na złość wszystkiemu, narzekając na upał i że źle się czuje. Posiedzieliśmy trochę w cieniu. Chciałem nabrać wody w jakiejś restauracji. Pani była dość niesympatyczna dla mnie i nalała tylko pół butelki. Wody żałuje, jędza. Zaczął się niezły zjazd w kierunku morza i trochę poprawiło nam to humory. Upał też zrobił się odrobinę mniejszy. Zajrzeliśmy na jakiś camping aby obejrzeć ceny. Nadal wysokie ale nie tak jak przy Cannes. Trochę dalej spotykamy Piotrka i robimy kolację. Z czego się składała to nawet nie piszę bo wszyscy wiedzą. Droga którą jechaliśmy dotychczas zmieniła się w „szybkiego ruchu" i jest zakaz wjazdu rowerami ( kto to wymyślił !!!). Musimy więc objeżdżać przez Hyre... Na szczęście nie dużo. W pewnym momencie wyprzedziła nas jakaś dziewczyna na górskim rowerze. Agnieszce chyba nie spodobało się to i ostro przyspieszyła. Dogoniliśmy dziołchę dość szybko. Jednak ona bardzo starała się nam uciec i tym sposobem poruszaliśmy się dużo szybciej. Na jakimś rondzie ona skręciła w prawo a my pojechaliśmy prosto no i zabawa się skoñczyła. Wzdłuż normalnej ulicy pojawiła się droga rowerowa. Zjechaliśmy na nią. Okazała się dużo lepsza niż ta dla samochodów. Elegancki asfalcik, białe, wyglądające jak nowe linie, po prostu rowerostrada. Kawałek dalej stał Piła i znowu grzebał coś w tylnym kole. Pękają mu szprychy. Ja na szczęście nie mam takich problemów (tylko gorsze ale dowiedziałem się o tym dopiero po powrocie do Warszawy) Znaki mówią, że droga prowadzi do samego Tulonu. Po drodze miał być kran z wodą do picia ale go minęliśmy. Do miasta wjeżdżamy o zmroku. Według mapy musimy kierować się nad morze na Six Fours les Plages. Powinien tam być teren bardziej przyjazny noclegowi „na dziko". Mijamy fort Cap Sicie na górze oświetlony sodowymi i zatrzymujemy się na stacji benzynowej. Piła jedzie uliczką w dół zobaczyć czy się tu jakieś miejsce nie znajdzie ale po kilku minutach wraca z wiadomością, że są tylko beznadziejne domki jednorodzinne. Zmuszeni sytuacją, kontynuujemy jazdę wzdłuż morza mijając oświetlone do przesady miasteczko Sanary s. Mer. W oddali widać totalną ciemność więc postanawiamy tam dotrzeć. Nie było to takie proste jak początkowo myślałem, bo trzeba się było przedostać przez główny deptak. Ciemność okazała się być zbiorem hoteli (na pewno okropnie drogich). Po wydostaniu się z centrum próbuję wynaleźć rozsądny dostęp do morza. Skręciłem więc w jakąś drogę po lewej stronie i po godzinnym błądzeniu między domkami wróciłem z powrotem do głównej drogi. Agnieszka i Piotrek już trochę przysnęli z nudów (nic dziwnego jest 1:30). Nie mając innego wyjścia ruszamy dalej. Padły propozycje dojechania do Marsylii ale wydały mi się nierealne. 250 m od miejsca mojego skrętu Aga wypatrzyła wiazd do lasu (jeżeli kępę drzew można nazwać lasem) Poszedłem na zwiady i uznałem że i tak nic lepszego w tej okolicy nie znajdziemy. Zjadamy „obiad" wypijamy wino z okazji moich urodzin i kładziemy się spać.

Niedziela 11.08

Bandol - Les Lecques - la Ciotat - Cassis - Marseille (75 km)

Budzenie dziś szło bardzo opornie i trwało długo. W efekcie zebraliśmy się dopiero ok. 13. Na dzieñ dobry spora górka ciągnąca się chyba z 10 km, potem kawałek w dół i znów podjazd. Tym razem znacznie dłuższy bo na przełęcz 5.... m. Człapaliśmy się dość długo. Na górze jak to na górze wieje silny wiatr. W ogóle niebo się jakoś zachmurzyło i zrobiło się zimno i dziwnie. Przed samym zjazdem zatrzymałem się aby zrobić zdjęcie panoramy Marsylii i założyć kurtkę. Po chwili widziałem jak szybko zjeżdża i po chwili znika za zakrętem. Zrobiłem zdjęcie i pojechałem za nią. Okazało się, że kawałek za wspomnianym zakrętem spotkała Piotrka i teraz z nim gada. Początkowo myślałem, że on na nas tu czekał (choć to bardzo dziwne !) Jednak zachciało mu się zdjęcia Marsylii więc wracał na górę. Pochwalił się też, że zgubił chleb. Nie zdziwiło to nikogo bo nie pierwszy i pewnie nie ostatni raz, choć zapewniał, że to „zgubka kontrolowana" bo wie gdzie leży. He! he! Na przystanku autobusowym „znalazłem" mapę tej części miasta, co później umożliwiło łatwiejszą orientację. W związku z późną godziną pojechaliśmy od razu na „naszą" zatoczkę, a zwiedzanie przełożyliśmy na jutro. Do zatoczki trafiliśmy bez problemu. Piotrkowi od razu się spodobała. Staszczyliśmy po stromych schodach rowery i wskoczyliśmy do wody (bez rowerów). Byłem dość zmęczony i nie chciało mi się nawet nurkować. Za to połaziłem trochę po skałkach, rozwalając sobie przy okazji palec u nogi. Zaczęło się ściemniać. Zapomniałem nabrać wody i zabrakło do obiadu. Piotrek poszedł na sąsiednią „plażę" po wodę bo tam jest kran. Gdy koñczyliśmy obiad wynieśli się ostatni francuzi, więc można było iść spać, co uczyniliśmy wkrótce. W nocy zerwał się silny wiatr i morze zaczęło bardzo falować. Zawsze (to znaczy w zeszłym roku) była to taka spokojna zatoczka. W obawie przed zalaniem przeniosłem się nieco wyżej. Agnieszka też. Wiało coraz mocniej. Woda okropnie hałasowała i nie mogłem zasnąć.

Poniedziałek 12.08

Marseille - Marseille (jakoś mało km)

Przez kilka godzin wiatr wcale nie zelżał. Przenosiny w nocy okazały się słuszne, bo miejsce gdzie spaliśmy początkowo było wilgotne. Byłem bardzo niewyspany, więc dzieñ zacząłem od kąpieli, po czym czułem się dużo lepiej. Dość wcześnie zaczęli schodzić się plażowicze, a dokładniej jakaś kolkonia beznadziejnych dzieciaków robiących wszędzie beznadziejny harmider. Znowu pokłóciłem się z Agnieszką i w związku z tym poszedłem na skałki. Piła też po nich łaził. Ona ostatnio zrobiła się jakaś nerwowa. Palec rozwalnoy wczoraj boli i dwa razy prawie spadłem. Znalezłem sobie stosowną miejscówkę i się położyłem. Trochę spałem nie zwracając uwagi na prażące słoñce. Po trzech godzinach czułem się totalnie usmażony. Wróciłem do „obozu", wody oczywiście zero. Zabrałem butelkę i poszedłem po wodę. A potem się wykąpałem. Agnieszka przez ten czas opalała się i przypiekła sobie piersi tak, że później miała bąble z wodą. Około 17 zebraliśmy się z zamiarem wyjazdu z Marsylii. Jednak najpierw trzeba wyjechać na sporą górkę na której stoi notre dame czyli kościół. Ale nie jest to taki zwykły kościół, bo w przeciwieñstwie do wszystkich innych jest tylko jeden nie za duży krzyż i w ogóle religia nie jest afiszowana. Za to wiszą ładne modele i obrazy statków i samolotów oraz setki tabliczek z podziękowaniami za różne „cuda". W tle słychać cichutką muzykę organową. Bardzo mi się tutaj podoba. Kupiliśmy z Agnieszką dwie świeczki za 10 FRF i postawiliśmy obok tysiąca innych. Magdowe 50 os też zostało podarowane w tej świątyni. W czasie gdy zwiedzaliśmy bazylikę, Piotrek znowu łatał szprychę. Skoñczyły mu się odpowiednio długie więc musi je dorabiać „na haczyk". Zjechaliśmy z górki i zajęliśmy się poszukiwaniem odpowiedniego sklepu, najlepiej carrefour’a). Po niedługim czasie znaleźliśmy. Poszedłem z Agnieszką na zakupy, a potem jeszcze raz sam aby dokupić ryż i orzeszki arachidowe. Wziąłem paczkę orzeszków i paczkę ryżu, zapłaciłem i wracam. A tu płacz, że to nie te orzeszki, bo tam była jakaś promocja i paczka o 100 g większa kosztowała 3 FRF mniej. Chciałem nawet wrócić i jej kupić drugą ale sklep zamkęli bo już było po 22:00. Trudno. O wyjeździe z Marsylii dzisiaj nawet nie marzyłem. Pogadaliśmy z jakimś Polakiem, który tu od roku mieszka. Coś mówił o dużych zarobkach ale wyglądał na menela. W drodze powrotnej na Cap Croisette na rondzie obok wielkiego palca znalazłem gumę. Przyda się. „Nasza zatoczka" była już zajęta przez jakichś amatorów ogniska, więc musieliśmy poszukać czegoś innego. W pobliżu był opuszczony budynek, chyba jakaś restauracja albo coś takiego, nawet nieźle wyglądało. Rozłożyliśmy się jednak przed budynkiem. Niedługo po na na teren wjechał stary mercedes. Wysiedli z niego czterej skośnoocy goście, pewnie włóczędzy. Próbowali rozpalić grilla, ale wiał silny wiatr od morza więc zrezygnowali i poszli spać (taszcząc ze sobą kołdry i poduszki). Robimy sobie obiad, który zamienił się miejscami z kolacją od kilku tygodni. Później zawijamy się w śpiwory i zanurzamy w otchłañ snu.

Wtorek 13.08

Marseille - Aix - Mirabeau - Ste Tulle (104 km)

Okazało się, że nastąpiła w nocy jakaś wymiana, bo znikął merol z chiñczykami a pojawił się stary renault i jacyś dwaj ludzie, którzy spali wewnątrz „hotelu". Wyjechaliśmy dość wcześnie (jak na tą wyprawę) z silnym postanowieniem opuszczenia Marsylii. Zaraz na początku Aga wypatrzyła reklamę jakiegoś GO-Sport. Okazał się on niezłym sklepem w którym był gaz, więc widmo głodu powtórnie zostało odegnane. Nie obeszło się bez błądzenia. Wydostanie się z miasta nie jest takie proste, szczególnie jak się nie chce jechać autostradą. W Aix pod supermarketem urządzamy sobie restaurację. chcieliśmy rozłożyć się przy samym wejściu ale czepnął się jakiś facet. Zostaliśmy zmuszeni do przeniesienia się kawałek dalej. Po „kolacji" przejeżdżamy przez Aix, ale idzie to dość wolno bo zaczęły się już spore górki. Przy wyjeździe z miasta spotykamy ED’a i kupujemy trochę owoców które zjadamy na miejscu. Na 104 km Agnieszka była już bardzo zmęczona i stwierdziła, że nie przejedzie przez Manosque, które było tuż przed nami. W skutek tego marudzenia postanowiłem rozłożyć się gdzieś tutaj. Najpierw trzeba było zdobyć wodę bo zapomnieliśmy o tym szczególe. Zobaczyłem drogę do jakiegoś domu. Podeszliśmy do drzwi i stukamy, pukamy, dzwonimy ale nikt nie otwiera. Podeszliśmy więc od strony ogrodu. Patrzymy a tu jakaś dziewczyna ogląda sobie TV. Chwilę później zobaczyła nas i wykonała taki bardzo dziwny podskok na łóżku, na którym przetem siedziała. Pomachaliśmy jej że chcemy wody, wskazała nam ręką kierunek do kranu. Zaraz potem usłyszeliśmy szczęk zamykających się wszelkich żaluzji antywłamaniowych. Pewnie nieźle się wystraszyła. Pośmialiśmy się z tego, nabraliśmy wody i wyjechaliśmy znowu na drogę. Zatrzymałem się 20 m dalej, bo mi się wydawało, że tu jest niezła miejscówka, słusznie zresztą. Zaraz potem jakiś koleś z piskiem opon wjechał na drogę od domu tej dziewczyny. Pewnie do niego zadzwoniła, że ją ktoś chce napaść. Miejscówka udała się nieźle. Mięciutka trawka. Położyłem się na karimacie i zasnąłem. Oni robią obiad. Obudziłem się z michą żarcia przed nosem. Na pół przytomnie zjadłem i znów zasnąłem.

Środa 14.08

Manosque - Volx - Peyruis - Chateau-Arnoux - Sisteron - le Poet (98 km)

Słoneczko mocno przygrzało więc zostałem zmuszony do opuszczenia mojego wspaniałego łóżka. Znalazłem sobie odpowiedni krzaczek i położyłem się w jego cieniu. Przysnąłem na chwilkę, po czym zostałem obgadany przez Agnieszkę, że tylko śpię zamiast się zbierać i że znowu wyjedziemy w południe. Poskładałem się szybciutko, po czym wjechaliśmy do Manosque. Po wyjechaniu z tej miejscowości skręciliśmy na Sisteron. Droga ciągnie się okropnie bo jak zwykle jest pod wiatr i pod górę. W Sisteron nie ma ani Eleclerc’a ani Carrefour’a. Uratował nas Marche-U. Robimy małe zakupy, po czym siadamy sobie w cieniu na jakiejś ławeczce, objadając się bułką z ohydną czekoladą ze słoika (ale wtedy nam smakowała!). Zjadamy też kilka brzoskwiñ, które trochę wcześniej narwałem z jakiegoś sadu. Wyciągnąłem kartki pocztowe, bo trzeba je wreszcie wysłać. Na przeciwko stoi skrzynka pocztowa - z wysłaniem nie ma problemu. Agnieszka kupiła sobie w Marche U litr mleka, które od razu wypiła i ją teraz brzuch boli. W związku z tym i innym poszła do baru obok skorzystać z toalety. Gdy później poszedł Piotrek facet go wyrzucił. Za Sisteron zaczęły się prawdziwe Alpy, obszar Alp Wysokich. Jest co pooglądać. Zrobiło się ciemno więc jak co wieczór zaczęliśmy szukać miejsca na nocleg. Zobaczyłem transformator w lesie na słupie i pomyślałem o akumulatorach ale nic z tego nie wyszło. Kilkaset metrów dalej było spore rżysko i świerzo ścięta słoma. Można by się w niej wygodnie przespać ale bylibyśmy widoczni jak na patelni. Chowamy się więc do lasu na całkiem przyjemną polankę, którą sam wypatrzyłem.

Czwartek 15.08

le Poet - Tallard - Gap - Corps - la Mure ( około 100 km)

( Z niepamiętanych przyczyn początek i środek czwartkowego dnia nie został zapisany. Faktem jest, że tego dnia podjeżdżaliśmy na pierwszą z większych przełęczy [1246m n.p.m.] tuż za Gap, i że jadąc szlakiem Napoleona, wieczorem znaleźliśmy się w okolicach la Mure).
Na drodze wyjazdowej z la Mure jest Intermarche. Pośmialiśmy się z niego trochę: że mały i że wysokie ceny. Kawałeczek dalej zobaczyłem jakąś budkę ze świecącą żarówką. Myślę sobie: jakby tu nikogo nie było możnaby podładować akumulatory. Idę na zwiady. Budka wydała mi się jakąś stacją pomp, szczególnie, że obok była płyta betonowa ogrodzona siatką z tabliczką o nieobciążaniu jej. Postanawiamy się tu zatrzymać. Zaraz za budką jest rów z wodą, więc nie bardzo jest gdzie spać. Gdyby tak przedostać się na drugą stronę sytuacja spaniowa byłaby nienajgorsza. Ale akumulatory są ważniejsze (przy naszej częstej nocnej jeździe) dlatego wchodzę na dach i podłączam telefonik do lampki. Z drugiej strony drutu podwieszamy dwie ładowarki i pchamy prąd w nasze bateryjki. W tym samym czasie wyprawowy kucharz czyli Piła robi obiad. Wspomniany rów wciąż mnie dręczy. Postanawiam zorganizować jakiś mostek. Idę więc wzdłóż drogi i rozglądam się za jakąś starą reklamą albo przewróconym znakiem drogowym. Niestety nic takiego nie znalazłem. Doszedłem już do Intermarche. Obok niego jest skład rupieci. Znalazłem stosowną deskę i zadowolony ze zdobyczy ruszam w powrotną drogę (ok. 500 m). Deska okazała się jednak za krótka i jak próbowałem przejść na drugą stronę wpadłem lewą nogą do wody. Trochę zły zasiadłem do obiadu, który z tego powodu smakował znacznie gorzej. Postanawiam znów coś znaleźć aby poprawić mostek. Tym razem idę w przeciwną stronę drogi jednak bez sukcesu. W koñcu wziąłem rower Agnieszki i pojechałem do wspomnianego składu rupieci obok Intermarche. Po chwili przywożę drugą deskę, dłuższą i grubszą. Ustawiam starannie w odpowiednim miejscu, puszczam by spadła na drugim brzegu a deska jak na złość złamała się. Prawdę mówiąc to mi mina zrzedła bo deska miała ze 6 cm grubości i 20 cm szerokości. Z pomocą Agnieszki ustawiamy te skrawki drewna w sensowny mostek ale znów wpadam do wody. Kilka poprawek i kolejna próba wypadła pozytywnie. Wobec tego ustawiliśmy rowery tak by ich nie było widać, przykryliśmy folią i przenieśliśmy się na drugą stronę. Około trzeciej nad ranem przełączyłem ładowanie na rower Agnieszki.

Piątek 16.08

Pierre-Chatel - Grenoble - Montmelian i jeszcze trochę dalej

Około dziewiątej znów podłączyłem swój rower. Agnieszkowy dostał 6 Ah czyli jest prawie full a mój tylko 4.5 Ah. Na śniadanie nie mamy pieczywa więc jadę (na rowerze Agnieszki) do Intermarche po świerze bagietki. Wszedłem do sklepu. Tłum ludzi ledwo da się przecisnąć. Badietki można kupić poza częścią sam’u. Próbuję wydostać się ale nie ma wyjścia „bez zakupów". W koñcu wyszedłem przez „wejście" ale jakieś urządzenie zrobiło mi zdjęcie. Rozglądam się chwilę, pewnie zaraz dopadną mnie ochroniarze. Na szczęście był spokój. Znalazłem wreszcie budkę z pieczywem i kupiłem cztery bagiety. Po powrocie opchałem się nimi (i czekoladą) aż mnie brzuch rozbolał. Musiałem pójść do lasu i wykorzystać cały zapas papieru toaletowego. Trochę piszę dziennik. Siedzimy i gadamy. Stuknęła dwunasta. Czas się zbierać. Wlazłem na dach, odłączyłem telefonik, który robił za przedłużacz, poskładałem też lampkę. Świeciła, choć wczoraj podejrzewaliśmy, że ją jakiś zegar wyłączy. Po drodze kąpiemy się w okropnie zimnym jeziorze. Tuż przed Grenoble jest fajny zjazd na, którym nieźle prułem (max 79.3 km/h), bo prawie nie ma zakrętów. W samym Grenoble odwiedzamy carrefoura. Piotrek najpierw poszedł wymienić pieniądze, a potem razem wchodzimy do sklepu. Lista zakupów została opracowana rano. Kupiliśmy na przykład kotlety schabowe na 3 dni i kilogramową paczkę orzeszków arachidowych. Agnieszka bardzo się ucieszyła z tych ostatnich. Rozkładamy się z przegryzką jak zwykle pod sklepem. Ludziska dziwnie się na nas patrzą. Niektórzy z ogromnym obrzydzeniem, a inni z lekkim uśmieszkiem. Pooglądałem sobie motor z przyczepą. Był dość nietypowy bo miał skręcane boczne kółko. Wewnątrz przyczepy wygodniej niż w samochodzie. Dużo miejsca, otwierany dach, radio itp. Agnieszka też chciała wejść do carrefoura więc poszedłem z nią. Miałem w tym specjalny cel: zdobyć papier toaletowy. Jednak toaleta była płatna dlatego musiałem zrezygnować. Obeszliśmy parę stoisk i wróciliśmy. Piotrek czekał z niecierpliwą miną i wypominał nam dlugie siedzenie w sklepie. Jak chciał sprawdzić, która godzina to znowu skasował mi licznik. Znowu bo wczoraj też mi skasował. Ale miał trochę racji bo była już siódma, a my przejechaliśmy dopiero 30 km. Dlatego też przyspieszyłem nieco tempo i w niedługim czasie nadrobiliśmy straty. Około jedenastej rozkładamy się na starym moście 30 km przed Albertville. Miejsce niezłe choć wszędzie panuje totalna wilgoć. Robimy „obiad" - schabowe z ryżem. Wyszły bardzo dobre, naprawdę.

Sobota 17.08

Albertville - Ugine - Flumet - Megeve (ok 60 km)

Ósma godzina pora wstawać. Patrzę na drugi koniec mostu, a tam stoi radiowóz. No ciekawe? Chwilę później zbudziła się Agnieszka i narobiła paniki. Na szczęście radiowóz okazał się samochodem z bagażnikiem na dachu. Pewnie rybacy sobie przyjechali nad rzekę. Rzeka była dość duża, ale praktycznie bez dostępu. Nieźle się natrudziłem, aby umyć miski po wczorajszym obiedzie.
Wyruszyliśmy dość wcześnie i szybko minęliśmy Altbertville, zażywając uprzednio kąpieli w rzece. W zasadzie to wykąpałem i umyłem się tylko ja, bo Agnieszka tylko włosy, a Piotrek wcale. Uprałem też koszulkę i spodnie resztkami mydła, które w ogóle nie chciały się pienić. W związku z praniem musiałem założyć dżinsy i poczułem jak mi jest bardzo niewygodnie. Od Albertville do Ugine dzieli nas jakieś 10 km. Jednak droga zrobiła się "szybka" i musimy mocno kombinować. Na jednej z obwodnic Aga zatrzymała się, aby pojeść jeżynek, a my kawałek dalej by zrobić zdjęcie jaszczurce. Udało się to w koñcu, choć ona bardzo tego nie chciała. Przyjechała Agnieszka i pojechaliśmy. Po jakimś kilometrze zauważułem brak okularów i misiałem wracać. Dogoniłem Agnieszkę i Piotrka kawałek jechaliśmy razem. Przed samym Ugine Agnieszka zatrzymała się, aby założyć koszulkę, bo jechała tylko w stroju kąpielowym. Ja z Piłą pojechaliśmy dalej i za rondem zatrzymaliśmy się, aby nabrać wody. Pojawiły się już znaki na Chamonix co mnie bardzo ucieszyło. Wszedłem do jakiegoś baru i poprosiłem o wodę. Barman był całkiem miły i pogadałem z nim chwilę (trochę po angielsku, a trochę na migi). Wychodzę patrzę Piła stoi i czeka. Podjeżdżam do niego i pytam o Agnieszkę. Ale nie było jej tu. Postaliśmy jeszcze chwilę, lecz nie pojawiła się. Postanowiłem wrócić do tego miejsca, gdzie ją ostatni raz widziałem. Wracam, lecz nie ma jej. Przyjeżdżam do Piły, też jej nie ma. Kurczę, co jest. Może nas minęła? Ustalamy taki plan: Piła tu czeka, a ja jadę w kierunku Chaminix, łączniść przez radio. Przejachałem jakieś 7 km pod górę i jej nie spotkałem. Piotrek też jej nie widział. Stwierdziliśmy, że on teraz pojedzie tam gdzie ją ostatni raz widziałem i zostawi kartkę, potem przyjedzie do mnie. Po jakiś 50 min. wrócił. Zaczęliśmy się zastanawiać gdzie ona może być. Wkoñcu Piotrek miał pojechać do Megave (15km) i jeśli jej nie bedzie to wróci, a ja jadę z powrotem do Ugine. Zjeżdżam dosyć szybko, co mi się nawet podoba. Przy rondzie obok baru, w którym brałem wodę spotykam Agnieszkę. Ochrzaniłem ją trochę i wysłałem w kierunku Chamonix, bo po co Piotrek ma zjeżdżać do samego dołu. Sam pojecałem do sklepu, kupiłem tościaka i bagietki i coca colę. Szybko zjadłem pod sklepem i pojechałem za Agnieszką. Spotkałem po niedługom czasie Piotrka czekającego na mnie. Agnieszka pojechała dalej, bo duża górka, a ona wolniutko wjeżdża. Dogoniliśmy ją parę kilometrów dalej. Górka, na którą wjeżdżamy, ciągnie się już od 15 km. Mijamy Flumet i docieramy w koñcu razem do Megeve. Kawałek za tym miastem rozkładamy się na polu. Kępa drzew robi za osłonę antywidokową. Wieczór jest bardzo chłodny, Ale ja się cieszę, bo może nie wyjdę rano spocony ze śpiwora.

Niedziela 18.08

Domancy - Servoz - les Houches - Chamonix

Chaminix jest już blisko. Napoczątku mamy całkiem fajny zjazd, lecz później podjazd po wiadukcie. Droga, którą jechaliśmy zamieniła się w "szybką" i znów musieliśmy objeżdżać. Nie było to takie proste. Agnieszka wypytywała jakąśdziewczymę jak mamy jechać, ale nie trafiliśmy na właściwą drogę. Trudno. Jedziemy więc D13 trochę na "czuja". Ogladamy sobie ludzi wspinających się po skale, D13 koñczy się, więc przenosimy się na tą szybką (bo nie ma innej). Gdy czekałem na Agę, Piła pojechał i się trochę zgubiliśmy. Umowa była, że spotykamy się pod tabliczką wjazdową do Chamonix, ale go tam nie było. Wjeżdżamy więc z Agnieszką do miasta. Chwilę się kęcimy i siadamy sobie na trawce, W związku z tym, że Piotrek ma cały chleb, robimy zupkę. Rosół z kluskami - dobra, ale mało. Piszę trochę dziennik. Śmiejemy się z ludzi, którzy chcą skorzystać z automatycznej toalety, a ona zjada pieniądze i wcale nie chce się otworzyć. Potem przejeżdżamy przez główny deptak, sprawdzając po drodze gdzie jest sklep i wracamy pod tabliczkę Chaminix. Wisi kartka "Meeck, teraz wy sobie poczekajcie, bo mi się znudziło". No dobrze, ale tabliczka jest w pełnym słoñcu, co zupełnie mi nie odpowiadało, więc podjechaliśmy 50 m dalej w cieñ, zostawiając przedtem odpowiednią informachę. Rozkładam sobie karimatkę i zaczynam pisać, Agnieszka zrobiła kanapki. Chwilę potem zjawia się Piotrek. Nie próżnował, zdobył informacje skąd dobrze widać Mount Blanc i,że kolejka na górę i w dół kosztuje 76 F, a tylko na górę 54 F. Ale skoro da się zejść, to na pewno da się także wejść, Bo co to za radocha zapłacić za kolejkę i być pozbawionym możliwości wejścia na szczyt. To nie dla nas. Robimy szybko obiad i w związku z późną godziną postanawiliśmy przespać się; na górze. Rowery zostawiamy u pewnych ludzi w komórce, choć zapewniano nas, że tu nie ma złodziei i możemy zostawić pod płotem. Z górmej części sakwy robię niezły plecaczek. Wychodzimy na szlak. Mam kiepskie buty do górskiej wspinaczki, Pewnie nieźle to odczuję na nogach. Trudno się mówi. Ścieżka jest dość stroma i szybko wchodzimy do góry. Rozciąga się przed nami coraz ładniejszy widok na Chamonix. Zachodzące słoñce czerwieni szczyty gór. W krótkim czasie zapada noc. Piotrek poszedł szybciej jak zwykle, więc nie mamy wody, bo tylko on ma. Dochodzimy do jakiegoś schroniska. Szukamy wody. Drzwi były otwarte więc myślałem, że nikogo tu nie ma, ale zszedł człowiek z pięterka. Pokazał nam skąd wziąć wodę, Napiliśmy się porządnie i dalej pod górkę. Ciemność ogarnęła góry. Podziwiamy świecące Chaminix. Przydała by się latarka, bo już nie widać ścieżki. Piła jest trochę nie w porządku wobec nas, bo mógł powiedzieć, że nie chce iść grupą, to byśmy wzięli latarki i wodę. Mijamy górskie jeziorko i po chwili jesteśmy na szczycie Brevent. Górka nie mała - 2525 m n. p. m. Wyżej nigdy jeszcze nie byłem. Wkurzyłem się na Piotrka, który z udawanym zdziwieniem pytał czy wzięliśmy wodę. Poszedłem poszukać kranu. Skoro jest bar, restauracja i kolejka linowa, to na pewno jest i woda. Po chwili poszukiwañ znalazłem toalety. Była woda i tabliczki z napisem "eau no potable", ale jakoś nie umarłem. Piła rozłożył sobie łóżeczko i śpima. Popatrzyłem sobie jeszcze chwilę na miasto i podobnie jak on poszedłem spać. Jednak spanie na betonie bez karimatki okazało się mało wygodne. (Nie wzięliśmy ich, bo są niewygodne do noszenia.) Bardzo głupie uczucie, gdy na dole zimno, a na górze ciepło. Założyłem szybko polar. Trochę lepiej, ale niewiele. Udało mi się w koñcu zasnąć, ale ta noc nie należała do najprzyjemniejszych.

Poniedziałek 19.08

Chamonix - Argentiere

Gdy tylko sięrozjaśniło wylazłem ze śpiwora i ubrałem się. Wcale nie jest mi cieplej. Idę do toalety, bo tam nie wieje. Potem z nadzieką czekam na pierwsze promienie wschodzącego słoñca. Widok na Mount Blanc jest wspaniały. Ciekawe, że ta góra ma szczyt zupełnie płaski w przeciwieñstwie do wszystkich innych w okolicy. Robimy zdjęcia, Około 8 pojawia się prąd i rusza kolejka linowa przywożąc pierwszych turystów. Posiedzieliśmy jeszcze trochę i zaczęliśmy schodzić. Zaczęła się najmniej przyjemna część drogi. Po godzinie marszu palce miałem tak obolałe, że zastanawiałem się czy dojdę na dół. Przy dałby się rower. Po drodze obiadamy się borówkami, jagodani i malinami.Rośnie tu ich cała masa i nikt nie zrywa. Znalazłem też 4 grzyby : 2 prawdziwki, podgrzybka i koziołka. Będzie sos grzybowy do kurczaka. Zaczęło kropić, potem spadł deszcz. Zeszliśmmy na dół i odzyskaliśmy rowery. Mała przegryzka, krótkie zakupy i w drogę. Zachmyrzyło się i znowu zaczęło padać. Chowamy się na przystanku i w związku z nudą i bezczynnością robimy obiad. Oczywiście przestało padać, ale gdy już się zbieraliśmy, znów zaczęło. Jedziemyy trochę w deszczu. Zciemnia się, a wjechaliśmy do jakiegoś parku i kłopot ze spaniem. Dobrze by było zatrzymać się przed granicą, bo Szwajcarzy to podobno dziwni ludzie. Pogadałem chwilę z jakimś Polakiem. Zostawił żone i dzieci w domu, a sam jedzie (cytuję) "jakąś dupę wyruchać". Mijamy jeszcze parę wiosek i wjeżdżamy do lasu. Jak zwykle idę na zwiady i znajduję równą skałkę wyścieloną mchem. Idealne łóżko dla nas. Metr niżej zatoczka ma rowery, obok zwisająca skała, coś w rodzaju jaskini. Ale bałbym się tam spać, bo by mi się wydawało, że zaraz się zawali i nas przygniecie. Ładujemy rowery do zatoczki i robimy żarełko, poczym układamy się do snu. Naprawdę się wyspałem.

Wtorek 20.08.

le Chaterlard - Martigny - Saxon - Sion - Visp ( 106 km)

Rano wydawało się, że jesteśmy w jakimś parku narodowym, tak tu ładnie. Ale chyba nie, bo nie było żadnych tabliczek. Zbieramy się i na początek mamy 2 km z górki i granicę. Szkoda, bo liczyliśmy, Ze jeszcze będzie jakiś sklep we Francji. Trudno. Przejeżdżamy granicę prosząc oczywiście o stemple do paszportu. Dostaliśmy ekegancko równiutkie na środku strony, zupełnie jakby z jakiegoś szablonu. Zatrzymujemy się na stacji kolejowej, aby dokonać porannej toalety. Widać, że jakiś szwajcarski pan jest z tego bardzo niezadowolony. Dalej droga prowadzi przez przełęcz 1526 m, a póżniej super zjazd, aż do samego Martigny. Kierując się wypisanymi pod Grenoble miejscowościami, wyjeżdżamy na drogę nr 9. W jakiejś miejscowości wchodzimy do sklepu. Zainteresowała mnie i Piotrka reklama przecenionego dwa razy piwa. Okazało się bezalkoholowe. Oglądamy ceny jedzenia i szczęki nam się obijają o podłogę. Tu wszystko jest 3 razy droższe niż wz Francji, czyli 6 razy niż w Polsce ! Na szczęście zrobiliśmy zapasy we Francji i choć starczy tylko na 2 dni to zawsze coś. Wzdłuż drogi rosną sobie jabłka, gruszki i śliwki. Choć już są dojżałe nikt ich nie zrywa. Mówimy sobie, że jak się zciemni to urwiemy kilka. Do Brig zostało nam 35 km. Zobaczyłem "wodopój" tzn betonową wannę z rurką, z której stale siurczy woda, więc się zatrzymałem. Jakiś facet się tu mył, to dlaczego ja nie mogę? Przyjechali Aga i Piła. Też chcieli się troszkę opłukać. Zrobiliśmy także małe pranko. Prawdopodobnie w związku z tym zaczęło padać. Schowaliśmy się pod drzewami. Totalna beezczynność wyzwoliła w nas chęć zrobienia obiadu. Nastawiłem wodę i chciałem wsypać kluchy, lecz Piotrek z Agnieszdą na mnie napadli, Ze musi być wrzątek. Ja sobie tylko zapomniałem, a gadanie było przez godzinę. Dalej obiad został zrobiony bez przygód. Siąpić jednak nie przestało. Jazda w deszczu nie bardzo mi odpowiedała, ale jechać trzeba. Sady jabłek i gruszek jak na złość się skoñczyły, za to zrobiło się ciemno i mokro. Po 10 może 15 km takiej wędrówki Agnieszka zaczęła mówić, że ma już dość. Skręcamy w prawo, gdzie był znak pola namiotowego, ale potem dochodzimy do wniodku, że to pewnie camping, który wcześniej mijaliśmy. Za to znalazła się jakaś wiata, pod którą stały maszyny rolnicze. Miejsce na nocleg niezłe, bo pod dachem, tylko nie bardzo jest sięgdzie rozłożyć. W koñcy Piotrek śpi obok maszyny do rozrzucania obornika (nie śmierdziało), a ja i Agnieszka pod jakąś przyczepą. Deszcz pada i pada. Rozwiesiłem trochę przemoczonych rzeczy na zgarniarce do siana, ale myślę, że nie wyschną.

Środa 21.08.

Brig - Fiesch - Oberwald - Gletsch

Dzieñ rozpoczęła Agnieszka wyciągając mnie ze śpiwora. Wcale mi się nie chciało jeszcze wstawać. Deszcz nadal padał. zimno i wilgotno. No ale cóż, całego dnia tu siedzieć nie będziemy. Małe śniadanko: tościak z wurstem, i w drogę. Podjechaliśmy pod Brig i przestało padać, a nawet zrobiło się trochę cieplej. 49 km pod górę łączy Brig z Gletsch. Zastanawiałem sięczy przypadkiem nie wsiąść w pociąg, ale za drogo wychodziło. Jedziemy kawałek na Simplon, 10 km pod górę, ale okazuje się, że to zła droga. Robięwięc przegryzkę, to znaczy kroję chleb i czekam na Piłę i Agę. Piotrek był dużo wyżej i zawołałem go przez radio. Agnieszka przyjechała wcześniej. Nie byli szczęśliwi z powodu złej drogi. Wracamy do Brig, robimy małe zakupy. Skoñczył mi się długopis i musiałem kupić nowy. Oczywiście 1 kosztował więcej niż 4, dlatego kupiłem cztery BICE (za 1.20). Mijamy Oberwald i rozpoczyna się wjazd na przełęcz Furka, 2436 m n.p.m. Jest 1,3 km podjazdu pionowo w górę, Niezła zabawa. Zrobiło się strasznie wilgotno i zimno. Co 3 km zatrzymuję się i czekam na Agnieszdę. Ona jest już nieźle zmęczona tymi górkami. Dojeżdżamy do Gletsch. Piotrek na nas czekał przy jakichś stolikach. Widać stąd jak droga idzie serpentynami. Powstaje problem: nocujemy tu (bo jest 20:30) czy jedziemy dalej. Oceniam podjazd na 3 godziny. Trochę dużo. Chciałbyn też zrobić parę zdjęć, a w nocy nic z tego. Lepiej zostać i tak też się stało. Przyjeżdża Niemiec, też na rowerze. Zaczynamy gadać. Na imię ma Wolfgang. Miejsce, w którym byliśmy okazało się restauracją przy dworcu. Ztyłu był kran i zlew, co mnie bardzo ucieszyło, bo mogłem się umyć. Było zimno i Piła nazwał mnie masochistą. Kran trzeba było odkręcać "francuzem", bo ktoś zabrał kurek. Zrobiliśmy obiad, ale nie mogliśmy zaprosić Wolfganga, bo było i tak mało. On z kolei też nic nie miał bo wydał prawie całą forsę na fajkę do kierownicy, bo poprzednia mu się złamała i musiał kupić nową (za jakąś gigantyczną sumę). Zaczęło padać i to całkiem nieźle. Przy drodze stały karawaningi. Rozstawiliśmy namiot między nimi. Przykryłem rowery folią i do namiotu. A tu skarpeta i ciasno, bo jeszcze Wolf śpi z nami (on nie ma namiotu, tylko worek na ciało). Szczerze mówiąc nie wiem gdzie jest lepiej na deszczu, czy w namiocie. Na szczęście człowiek się szybko przyzwyczaja. Mam miejsce na środku. To dobrze, bo może niepowtórzy się sytracja sprzed roku, kiedy miałem całkiem mokry śpiwór. Akurat nad moją głowę namiot ciekł. Po godzinie miałem mokre włosy i potem jeszcze nogi. Nie cierpię mieć mokro w nocy. Następnym razem zabieram swój namiot.

Czwartek 22.08

Gletsch - Andermatt - Disentis/Muster - Tavanasa

Obudził mnie Wolfgang wychodzący z namiotu. Szukał swoich butów, które Piła przykrył swoimi, Potem wstał Piła, Ja i Aga. Ci w karawaningach też się pobudzili i byli tak mili, że poczęstowali nas kawą i batonikami. Pogoda jest bardzo wilgotna, suszenie czegokolwiek nie ma sensu. Ale, choć jest tak zimno (jest stąd 200 m na lodowiec), przed takim wjazdem niewiele trzeba mieć na sobie. Na drugiej serpentynie robię zdjęcia drogi, którą mamy jechać. Wdrapujemy się zawzięcie, równa z Piotrkiem, lecz ja muszę czekać na Agnieszkę, dlatego zostaję w tyle. Na siódmej serpentynie jest miejscowość, a w zasadzie hotel, sklep i jeden dom. Zatrzmujemy się przy lodowcu. Ładny jest. Chciałem na niego pójść, ale potem mi przeszło. Piotrek poszedł i twierdził, że jakiś facet przebrany za brudnego niedźwiedzia robił z sobą zdjęcia (12 FRS, drogo ). Wdrapujemy się dalej i co kawałek robimy sobie fotki. W koñcu to najwyższa droga jaką jechaliśmy kiedykolwiek (tylko 100 m mniej niż Brevent). Na przełęczy przebieramy się do zjazdu. Będzie na pewno zimno. Start. Jazda we mgle po serprntynach. Bardzo ciekawa. Maksymalna prękdość 76,6 (nieźle). Piła trochę został z tyłu, ale po chwili mnie dogania. Gdzieś na dole czekamy na Agnieszką, która nia bawi się osiąganie ekstremalnych prędkości ( i dobrze, bo jej rama jest niepewna ) W miasteczku Andermatt robimy małe zakupy. Mieli fajne akwarium z rybami patelniowymi. Pewnie można sobie taką rybkę zażyczyć. Mamy 20 jaj i trzeba je zjeść. Znajdujemy stosowny murek i zaczynamy smażyć. Po chwili przechodząca baba coś krzyknęła po niemiecku. Zignorowaliśmy ją. Minutę później wyskoczył jakiś facet w roboczym fartuchu i zaczął nawijać i wymachiwać rękami, żebyśmy się stąd wynosili i że to jest teren prywatny. Nic nie rozumiałem z jego gadki, więc też zacząłem gadać, tyle, że po polsku, to się trochę przymknął. Zabraliśmy swoje rzeczy (był kłopot z zaczętą jajecznicą ) i przenieśliśmy się gdzie indziej. Jakieś schody do drzwi zamkniętych na głucho posłużyły jako kuchnia i jadalnia zarazem. Pośmialiśmy się z prostaka. Potam wjazd na kolejną przełęcz, tym razem 2044 m n.p.m. Jedziemy w chmurze, totalna wilgoć i ograniczenie widocznoęci do kilku metrów. Dojeżdżamy do szczytu i zjeżdżamy. Droga idzie teraz dośc długo w dół jednak zrobiło się ciemno i późno. Zatrzymujemy się na rozjździe do jakiejś wioski, nabierając uprzednio wody. Aga i Piotrek podejmują akademicką dyskusję, czy jechać dalej, czy zostajemy tutaj (Piotrek oczywiście chciał jechać). Po chwili zdenerwowałem się z lekka i zjechałem do wioski. Czekam, czekam, szybko mijają minuty, a ich nie ma. Wołam przez radio, nikt się nie odzywa. W koñcu wracam z powrotem kawałek i słyszę wołanie Piotrka. W zasadzie to nie było go wogóle słychaś, ale nośna się pojawiała, więc domyśliłem się, że to on. Mówię do gruszki, żeby zjechali na dół, po chwili już są. Wymieniliśmy z Piłą kilka nieprzyjemnych słów, lecz po chwili był spokój. Przy koñcu wioski wjeżdżamy na jakąś budowę (wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że to budowa) i Piła idzie zapytać gostka czy możemy się tu rozłożyć. Gostek niechętnie, ale się zgodził. Rozkładamy namiot i robimy obiad. Noc mija spokojnie.

Piątek 23.08

Ilanz - Flims - Domat/Ems - Chur - Balzers - Vaduz - Schaan - Feldkirch

Wypogodziło się dość znacznie więc postanowiliśmy się umyć. Przez ostatnie kilka dni było to znacznym problemem ze względu, albo na brak stosownej wody, albo na brak słoñca. Szybko mijamy Ilanz. Rozpoczyna się kolejny podjazd 10%. lecz nadzieja na kąpiel dodaje nam sił. Nie zauważyliśmy jak przejechaliśmy przez Laax i Flims i znaleźliśmy się przy Bonadux w miejscu gdzie droga krzyżuje się z rzeką. Niestety z jednej strony rzeki autostrada a z drugiej tak zagrodzone i zarośnię te, że o zejściu do wody nie było mowy. Ustaliliśmy, że w takim razie umyjemy się gdzieś tuż przed Churem. Prawie na środku skrzyżowania było małe pole ogrodzone płotkiem i na polu kran, taki ładny, chromowany. Uznałem, że wolę sobie chociaż poprać parę rzeczy, Agnieszka poparła mnie, więc zawinęliśmy na ten "parking". Rozpoczęło się wielkie pranie. Tylko czekałem jak ludzie w samochodach zacznął na nas trąbić, albo przyjdzie właściciel pola i zacznie wymachiwać rękami. Ale się nie doczekałem. Ci w samochodach tylko się gapili i uśmiechali. Wobec tego uznałem, że głowę też sobie umyję jak tylko wszystko upiorę. Nim skoñczyłem Piła zdjął wszystko z siebie (majtek nie), zmoczył się i namydlił. A mydło 400 g z Francji typu Jeleñ, bardzo dobrze się sprawdza. Najlepsze mydło, bez żadnych ohydnych zapachów i patentów, typu „dwa w jednym". Po chwili ja uczyniłem to samo. Agnieszka musiała rzucić do mnie jakieś mało przyjemne słówko, ale co tam. Umyłem się i jest mi dobrze. Koszulki i inne ciuchy rozożone na trawie i prażone słoñcem już prawie wyschły. Znalazłem nawet spory kawałek sznurka do bielizny, ale potem stwierdziłem, że mi nie porrzebny.Agniecha umyła tylko włosy, dziwne nie jest przecież dziewczyna nie bedzie się rozbierać na środku skrzyżowania. Gdy już wszystko był prawie suche zaczęliśmy się zbierać. Do Churu zostało jakieś 10 km, potem do Lichtenstein. Ciekawe jaka waluta jest w Lichtenstein? - marki, szylingi czy FRS. Przejeżdżamy przez Chur w dość szybkim tempie. Nieźle się dzisiaj jedzie. Wdrapujemy się na górę, potem z niej zjeżdżamy i jesteśmy w innym poñstwie. Gdzie tam innym. Waluta szwajcarska, ceny też. granicę stanowi tabliczka, którą można kopnąć i gdy się wywróci - granicy nie będzie. Jedyną różnicą jest to, że samochody mają inne tablice rejestracyjne i znaczek FL, a nie CH. Mijam Triesen i wjeżdżam do Vaduz. Aga o Piła zostali trochę w tyle. Czekam chwilę. Patrzę na licznik. Od początku wyprawy przejechaliśmy 3333 km. Jest jakaś 18.30. Do granicy 15 km, możemy nie zdążyć przed zamknięciem sklepów. Ustalamy, że ja pojadę szybciej do Austrii i kupię coś no jedzenia, a oni przyjadą później i jakoś się znajdziemy. Może nie złapię gumy, jak we Włoszech. Jadę dość szybko, ale nie bardzo szybko. Granica choć lepsza niż ze Szwajcarią, też jest trochę umowna. Nawet paszportu nie wyjmowałem, facet tylko machnął ręką. Mógłbym w sakwach przewieżć 20 kg heroiny, albo inntch prochów i nikt by nie zauważył. Jadę jeszcze kawałek i spotykam SPAR. Niestety otwarty do 18.30. Wjeżdżam do Feldkirch - żadnego sklepu. Centrum stanowi wąska uliczka z kafejkami. Pytam po angielsku jakąś kobietę z zakupami gdzie jest jakiś sklep. Kobieta okazuje się włoszką i nic nie rozumie. Znajduję kawałek dalej SPAR'a. Ma być czynny do 19:30, a według mojego zegarka jest 19:32. Ale co tam, wszedłem, rozglądam się, a tu ktoś już mnie wygania. Złapałem piwo i dwie puszki ravioli, zapłaciłem i szczęśliwy wróciłem na drogę. Ktoś na mnie zatrąbił za nieprawidłową jazdę.Znalazłem stosowne miejsce i czekam pisząc dziennik. Za 10 min zjawili się Aga i Piła. Zjechaliśmy 500 m w dół i przy ławeczkach zjedliśmy to ravioli. Mimo iż przejechane już było 99 km, Agnieszce powiedziałem, że 75, bo wczesna pora i może jeszcze troszkę pojedziemy. Kawałek za miastem spotkaliśmy knajpę z małą imprezą. Gostkowie grali na zewnątrz, i było sporo ludzi. Stoimy chwilę i słuchamy. Potem była przerwa na zjedzenie czegoś, więc uznaliśmy, że szkoda czasu. Pojechaliśmy jeszcze jakieś 10 km i zatrzymaliśmy się przy jakiejś drodze zastawionej wielkimi kamieniami i tabliczką, że coś jest ‘verboten’. Piła stwierdził, że brzmienie tego słowa bardzo dobrze odzwierciedla jego znaczenie i powtarzał je jeszcze ze dwadzieścia razy. Wokół lasek, w którym się rozkładamy. Wypijam piwo i kładę się spać. Bardzo fajnie, bo miękko.

Sobota 24.08

Nenzing - Bludenz - Stuben - St.Anton

Poranek okazał się dość wilgotny. Zerwaliśmy się wcześnie tj około dziewiątej, bo dziś jest sobota i sklepy są czynne tylko do 12:30. Poranny chłodek zachęcił do jazdy toteż po 20 km, które minęły bardzo szybko, wjechaliśmy do Bludenz. Początkowo poszukiwania sklepu spełzły na niczym, ale Piotrek uratował sytuację wypytując jakiegoś człowieka. Zgodnie ze wskazówkami przejechaliśmy kawałek, ale sklepu zero. Piła zapytał więc jakąś kobietę i trafiliśmy do ADEC, w którym kompletnie nic nie było. Za radą następnego przechodnia dotarliśmy do innego supermarketu. To był taki ED austriacki. Trochę kupiliśmy, ale nie za dużo, brakowało obiadu. Na koniec znaleźliśmy ogromny INTERSPAR. Takiego jeszcze nie widziałem. Dzieciaki tu mają zabawę we wspinanie się po skale z tektury lub łażenie po 2 m piłce - ziemi. Kręcimy się z Agnieszką po sklepie i kupujemy różne rzeczy. Na obiad mięsko mielone, na jutro parówki. Oprócz tego kupę owoców, prywatną czekoladę. Sporo żarcia, pieniędzy też. Siadamy sobie na ławeczce i robimy przegryzkę. Najadłem się tak, że ledwo chodziłem, szkoda, że to chwilowe. Zbliża się13:00 i sklep pustoszeje, a my nadal „urzędujemy". Podoba mi się takie życie z nieograniczonym czasem. Poszedł już nawet dziadek - śmieciarz. Zachciało mi się pójść do toalety, a że drzwi sklepu były jeszcze otwarte, więc się wślizgnąłem. O kurczę ale papieru toaletowego, a u nas to towar deficytowy. Kupować można tylko po 6 albo 8 rolek, co nas nie urządza. Umyłem się i buchnąłem jedną rolkę. Wracam, a tu drzwi zamknięte. Rozglądam się - pusto. Myślę sobie jakoś wyjdę. Na szczęście znalazła się droga ewakuacyjna przez kawiarnię. Wróciłem chwaląc się swoją zdobyczą. Siedzimy jeszcze chwilę. Jakiś malec spytał czy nie mamy pompki na co Piotrek wyjął swoją i mu napompował koło. Potem pojechaliśmy. Mam chyba kiepski dzieñ, bo kiepsko mi się jedzie. Jakoś nie mam siły. Agnieszka mówi, że jej też. Mijamy Dallas. Ktoś puszczał tu zdalnie sterowany model śmigłowca. Bardzo ładny, bo dość duży i super latał. Chciałbym taki mieć. Przyczepiłbym mu kamerę i przez radio wysyłał obraz. Można by się nieźle pobawić. Jedziemy dalej. Zaczęło siąpić i jest więcej pod górę niż z góry. Około 17 człapiemy się pod 10 % podjazd i przy pseudo tunelu spotykamy Piłe. Można by tu ciś zjeść. Tunel jest dopiero w budowie, robociarze urządzają nam dyskotekę puszczając głośno magnetofon samochodowy. Do tego kolorofon ze świateł ostrzegawczych. Robimy herbatkę i wcinamy bułki z wurstem. Po przegryzce ruszamy dalej. Myślałem, że tu będzie już zjazd, ale gdzie tam. Podjazd i to po serpentynach. Deszcz rozlał się na dobre. Czekam chwilę na Agnieszkę, przyjeżdża cała zapłakana, że górka, deszcz i zimno. Mówię jej, że ja też wcale nie jestem wesoły i jedziemy kawałek razem. Ona jednak wpada w jakiś szał i przez chwilę myślałem, że poważnie chce tu stać na górze i czekać na zbawienie. Idziemy kawałek na piechotę. Wszystko mam zupełnie przemoczone. Zły jestem na siebie, że przed górą założyłem polar (w zasadzie to przed zjazdem). Mijamy jakąś knajpę na przełęczy (zwykle na przełęczy jest knajpa) i rozpoczyna się zjazd. Jestem przemoczony i zimno mi strasznie. Do tego deszcz wpadający w oczy, coś strasznego. Nigdy nie miałem gorszego zjazdu. Po serpentynach spotykam Piłę siedzącego pod jakimś daszkiem. Krzyknął na mnie, bo bym go nie zauważył. Obok była jakaś wiata należąca do pobliskiego domu. Uznaliśmy, że spróbujemy tu zostać na noc. Wypada się jednak zapytać. Poszli Piła i Aga, ale nikt nie otwierał (światło w oknach świeciło się). Trudno i tak zostajemy. Rozłożyłem dwie europalety których była cała sterta. Będzie niezłe spanie. Oni zrobili obiad - makaron z mięsem, papryką i cebulą. Nawet niezły, ale jakoś mi nie wchodził. Obok pod ścianą były poukładane jakieś ławki, albo stoliki drewniane. Porozwieszaliśmy na nich przemoczone ubranie i położyliśmy się spać. W nocy zaczął boleć mnie brzuch. Chciałem nawet „puścić pawia", ale nie było wody żeby się umyć. Wytrzymałem jakoś do rana.

Niedziela 25.08

Flirsch - Pians - Landeck - Imst - Tarrenz

Dzisiejszy dzieñ kojarzyć mi się będzie wyłącznie z bólem brzucha. Rano Piła przywiózł wodę więc poszedłem w pewne miejsce i je pobrudziłem. Gdzieś trzeba. Potem mięta. Trzeba wynieść się z tej wiaty, póki nie przyszedł ktoś, żeby nas opieprzyć. Przejechaliśmy 2 km i zatrzymaliśmy się po drugiej stronie drogi, też na drodze, ale takiej dodatkowej. Położyłem się od razu na karimatcee i zasnąłem. Minął jakiś czas a brzuch nadal mnie boli. Nie pomaga leżenie, ani wygrzzewanie na słoñcu. Agnieszka i Piła siedzą 30 m dalej i gadają lub jedzą lub nic nie robią. Z resztą nie wiem. Leżę tak jeszcze trochę. Około 13-tej postanawiem wreszcie się ruszyć mimo chorego brzucha. Ale daleko nie zajechałem. Zaczęło kropić. Jeszcze bardziej zrobiło mi się choro i wymiotnie. Zatrzymałem się na jakimś mostku i stoję. Oni zostali z tyłu zafoliować bagaże i się przebrać, mi się nie chciało. Deszcz jest minimalny z w zasadzie to go nie ma. Podjechał do mnie jakiś człowiek i coś gada po niemiecku. Powiedziałem mu, żeby mówił po angielsku. Pytał skąd jestem i czy pada w Alpach. Próbowałem mu powiedzieć, że rano słoñce, a wieczorem deszcz, ale nie rozumiał. Przyjechał Piotrek i dogadywanie się poszło znacznie lepiej. Gość dopiero zaczynał jazdę, bo zrobił 240 km i wyraźnie bardzo bał się deszczu. Potem sobie pojechał, a my stoczyliśmy się pod mostek. Ziółka i 3 godz leżenia spowodowały, że trochę ból zelżał i nadawałem się do dalszej drogi. Najpierw było dużo z góry. Piła, który coś robił przy rowerze i został mocno w tyle. Spotykamy stację benzynową i zatrzymujrmy się na chwilkę w poszukiwaniu WC. Obok przy drodze leżało kupę dojżałych i smacznych śliwek. Biorę dwie, Aga też wzięła jedną. Obieram ze skórki i zjadam. Bardzo smaczna. Ciekawe tylko czy to się źle nie skoñczy (mam na myśli mój brzuch). Jedziemy drogą wijącą się wzdłuż autostrady. Autostrada oczywiście po równym, a nasza droga po górkach. Czekamy gdzieś na Piotrka. Coś go długo nie ma. Wołam przez radio, ale nikt się nie odzywa. Uznajemy, że sobie poradzi i zaraz nas dogoni. Na jednej górze była droga naprawiana i były światła. Poczekaliśmy na zielone i jedziemy. A, że stromo, więc powoli. Światła są oczywiście obliczone na samochód, więc jak byliśmy w połowie drogi, zaczęły jechać z przeciwka samochody. Jedem facet coś zaczął krzyczeć. Nic nie rozumiałem, ale na wszelki wypadek też coś mu tam powiedziałem po swojemu. Aga mnie oczywiście objechała, że krzyczę. W miasteczku Linz spotykamy kartkę, że Piła tu był i jedzie przez przełęcz do granicy. Musiał nas minąć jak staliśmy na stacji benzynowej. Postanawiamy dojechać też do granicy (40km). Nabieram wody w jakiejś knajpie. Przyjemnie tu i ciepło. Zatrzymujemy się na chwilę przy jakiejś ławeczce i robię sobie miętę. Bardzo mi smakuje, bo od tygodnia pijemy tylko wodę. Dalej zaczyna padać i robi się ciamno. Dojechanie do granicy przez przełęcz wydaje się coraz bardziej nierealne, szczególnie, że mój brzuch znów daje znać o sobie. W związku z tym zaczynam rozglądać się za miejscówką. Wjeżdżam pod jakiś mostek. Nawet może być. Ale Aga nie przyjeżdża. Wychodzę na górę a ona krzyczy, że zna lepszą miejscówkę. Wracam i spotykam Piłę. Jednak będziemy spać razem. Układam sobie trzy kamienie i siadam na nich. Miejscówka faktycznie lepsza. Tunel w kształcie rury, z jednej strony płynie potok, a z drugiej jest droga rowerowa i kawałek piachu - pyłu lepiącego się do wszystkiego. Spać będziemy właśnie na tym. Woda z potoku posłużyła do gotowania klusek. Oni jeszcze mieli po dwie parówki, takie grube, ale Agnieszka i tak nie zjadła jednej. Porem rozłożyliśmy karimatki i spanie. Aga oczywiście bardzo się bała, że przyjadą policaje i nas shaltują. Powiedziałem jej, że na pewno przyjdą, bo tej nocy nie mają co robić, więc chodzą po krzakach i mostach szukając takich jak my. Nie satysfakcjonowała jej moja gadka.

Poniedziałek 26.08

Nassereith - Ehrwald - Garmisch Partenkirchen - Oberau - Murnau - Weilheim

Poranne słoneczko nie dało spać, choć ociągałem się ze wstawaniem maxymalnie. Zjadłem swoje 6 kromek tościaka (oni nie mieli, bo to były z wczoraj), umyłem miski, uprałem majtki i pojechaliśmy. Początkawo był kłopot z wyjazdem, bo droga którą, jechaliśmy dotychczas robiła się "szybka", a droga dla rowerów przy której spaliśmy była niepewna - mogły na przykład pojawić się schody i co wtedy?
Wjechaliśmy do wsi Nassereith i spotkaliśmy ADEG. Niewiele już nam zostało Os, ale na bułki i czekoladę starczyło. Chciałem wydać wszystkie drobniaki, tj 7.80, ale że ty ceny koñczą się na 90, był to spory kłopot, zakoñczony jednak sukcesem. Dwa małe jogurty akurat tyle kosztowały. Wcinamy zakup na ławeczce obok sklepu, (ale kultura, nie to co we Francji, jak rozkładaliśmy się na asfalcie). Bułka z czekoladą jak zwykle. Piotrkowi zostały dwa szylingi, a obok sklepu był automat "wrzuć szylinga to dostaniesz kulkę", więc wrzucił. Cieszył się z tego jak dziecko. Wyjazd z wioski jest oczywiście małym problemem, ale radzimy sobie znakomicie. Człapiemy się na górę jakąś godzinę, a potem mały zjazd i znowu "szybka", więc zjeżdżamy na jakiś obiazd, mijamy dwie wioski zataczając ogromne koło. Jeszcze kawałek w dół przez las i jesteśmy na granicy. Chwilę czekamy na Piotrka, którego minęliśmy jak wymieniał szprychy (znowu!). Gotuję wodę i parzę miętę. Brzuch mnie już nie boli, ale mięta jest lepsza od wody. Jacyś starsi ludzie na rowerach wypożyczonych z hotelu POST, kręcą się po okolicy. Tu jest pełno dróg rowerowych. Przejeżdżamy przez granicę, żądając jak zwykle pieczątek (pan bardzo się zdziwił, pewnie stempel mu już zardzewiał) i jesteśmy w Niemczech. Jedziemy cały czas z góry, dlatego tempo jest niezłe. Po czwili znajdujemy się w Garmisch P. K. Zawadzamy o pierwszy napotkany supermarket. Ceny wydają nam się niskie i czujemy, że pożyjemy nieźle za 200 DM. Dlatego też nie oszczędzamy zbytnio (choć najtañszy wurst okazał się parówkową, a za ser żółty to już przesada tyle płacić). Wydaliśmy 26 DM, a żarcia na cały dzieñ i jeszcze trochę. Po drugiej stronie ulicy Piotr wypatrzył sklep wspinaczkowy. Idziemy tam zaraz zobaczyć jakie ceny i co jest ciekawego. Maja parę niezłych rzeczy, np: pemikan. EPIGAZ o dziwo też był. Kupiliśmy jedną dwieściepięćdziesiątkę. Widać z tego, że tylko w Austrii jest problem z gazem. Wracamy pod spożywczaka. Stoi tu rower taki totalny wigrus, ale osprzęt DEORE. XT. Dla Niemców to pewnie taniocha. Przenosimy się kawałek dalej na ławeczkę i robimy kolację. Potem opuszczamy Garmisch i po 30 km wyjeżdżamy z gór. Alpy to takie góry, że nagle się zaczynają i nagle koñczą. Zrobiło się dziwnie równo, ale w dół (i dobrze). Znowu zaczęło siąpić i zrobiło się ciemno. Piła znalazł przystanek na obiad. Jest to przystanek szkolny duży i przestronny. Robimy obiadek dość standardowy - kurczak z ryżem. ale za to jest ogórek na deser. Po obiedzie przydało by się jeszcze trochę przejechać, chociaż ze 12 km, ale szybko stwierdzamy, że jest to nie realne. Skręcamy do jakiegoś lasku. W zasadzie to na jakieś pole, a las widzimy w oddali, lecz udaje mi się do niego dostać. Okazuje się, że przez las idzie jakaś wyasfaltowana droga. Po chwili pojawiają się Aga i Piła. Jedziemy kawałeczek i odbijamy w głąb lasu. Namiot jest dziś niezędny, herbatka też. Nie śpię w śpiworze, tylko się nim przykrywam, bo za gorąco i trochę wilgotny. W nocy padał deszcz, ale niezbyt duży.

Wtorek 27.08

Pöcking - Starnberg - München - Freising

Od wczoraj minęło jakieś 10 godzin a wilgoć wcale nie ustąpiła. Można powiedzieć, że nawet się wzmogła. Robimy małe śniadanko składające się głównie z wursta i tościaka. Rzeczą niestandardową jest natomiast herbatka, którą chciało mi się zrobić. Przejechał traktor ale nie zauważył nas. Składamy mokry namiot, wydostajemy się na suchą leśną dróżkę i po krótkim „w dół" na główną drogę do Monachium. Usiadł mi na rowerze konik polny (ze śmiesznym kolcem z tyłu) i chyba bardzo się bał tej przejażdżki. Tuż przed Starnbergiem zatrzymałem się na chwilkę aby poczekać na Agnieszkę (bo było pod górę) i wtedy konik sobie poszedł. Przyjechała, więc jedziemy dalej. Po chwili zrobiło się nieźle z góry, a że bardzo lubię jazdę między stojącymi w korku samochodami nie używałem zbyt często hamulców. Piła też chyba lubi dlatego zatrzymujemy się dopiero na koñcu miasteczka. Oglądam się za siebie dziołchy nie ma. Znowu się zgubiła czy co. Za bardzo nie było gdzie się zgubić bo droga w Starnbergu jest tylko jedna. Pomyśleliśmy sobie, że pewnie zobaczyła stację benzynową Shell i poszła do toalety. Czekamy, czekamy a jej nie ma. Wsiadłem na rower i pojechałem kawałek z powrotem lecz nie spotkałem Agnieszki. Musiała się zgubić. Wracam do Piły, siadamy i czekamy. Trochę zastanawiam się co robić. Piotrkowi znudziło się czekanie i pojechał pokręcić się po Starnbergu. Siedzę sobie, piję piwo i piszę dziennik. Minęło trochę czasu, wrócił Piła. Aguchy ani śladu. Postanowiłem wrócic do tego miejsca gdzie ostatnio ją widziałem (czyli tam gdzie na nią czekałem przed Starnbergiem). Po przejechaniu 5 km pod górę jestem na miejscu. Rozglądam się czy nie ma jakiejś kartki lecz nic nie zauważam. Trzeba wracać. Za chwilę spotykam Agnieszkę. Okazało się, że pojechała na Monachium przez Gauting, a my prosto na autostradę (obok idzie droga dla rowerów). Obejżeliśmy dokładnie mapę i postanowiliśmy wszyscy pojechać przez Gauting. Droga jak mówiła Aga jest faktycznie ładna. Prowadzi cały czas lasem wzdłóż strumyka. Mimo, że jest dodatkowa ścieżka dla rowerzystów jedziemy szosą. Po 20 min jesteśmy w Gauting. Robimy w „pudełkowym" supermarkecie zakupy. Na obiad będzie ryba z kluchami a na teraz bułki. Oprócz tego kupujemy dużo łakoci: czekolady, piwo, lody itp. Na wylocie z Gauting stoi rower stylizowany na Harleya. Bardzo mi się podoba. Robimy sobie zdjęcia. Szkoda, że taki rower właściwie nie nadaje się do normalnej jazdy bo jest za ciężki i niewygodny. Doganiamy Agnieszkę i po kilku kilometrach pedałowania zaczyna się koszmar przejeżdżania przez miasto. Dla roweru nie ma chyba nic gorszego. Wypytujemy o drogę jakiegoś człowieka, lecz po chwili gubimy się w osiedlu jakichś domków jednorodzinnych. Docieramy do główniejszej ulicy. Piła próbuje dowiedzieć się czegoś od jakiejś dziewczyny ale ta była chyba tak stremowana, że jej wszystkie myśli z głowy uciekły. Na przystankach są mapy, ale nie ma na nich ulic. Wypytujemy jeszcze jakichś ludzi. Mówią, żeby jechać na most a potem wzdłóż rzeki. Jedziemy kawałek i znów zatrzymuje nas problem: jak dalej? Pomógł nam chłopak na rowerze. Podprowadził nas do drogi dla rowerów biegnącej przez całe miasto. Jedziemy więc tą drogą i coraz bardziej się nam ona podoba. Ruch pieszych jest osobno, specjalne znaki dla rowerów, rozjazdy, światła, tunele po prostu super. Wygląda na to, że taką drogą dojedziemy aż do Freising (35km). Zatrzymujemy się przy ławeczkach i robimy przegryzkę. Nim posmarowałem bułkę masłem ( które od pewnego czasu nazywamy „psią kupą" bo jeździło w woreczku na psią kupę) przyszła czarna wiewiórka. Wcale się nie boi. Piotrek próbował zrobić jej zdjęcie lecz wiewiórka to zbyt ruchliwe zwierzę. Rzuciłem kawałek bułki - wzięła i uciekła na drzewo. Potem znów przyszła ale już nie chciała bułki. W koñcu przestaliśmy na nią zwracać uwagę. Rowerzyści jeżdżą tu bez przerwy. Dzieciaki, pani w eleganckiej sukience, pan w garniturze, dziadek z babcią na spacerze - wszyscy na rowerach. Żeby u nas tak było, a nie tylko samochód i: „Rower ? Taki prymitywny pojazd, trzeba kręcić nogami... - O NIE !". Samym Monachium jest pewnie więcej rowerów niż w całej Polsce. Kolacja zakoñczona można jechać dalej. Jest coraz ładniej bo coraz mniejszy ruch. Nawet nie zauważyliśmy kiedy skoñczyło się miasto. W ten sposób okropna przeprawa przez nieskoñczoną liczbę ulic zamieniła się w bardzo przyjemną wycieczkę. Nadchdzi wieczór. Ogromne roje maleñkich muszek, kłębią się na drodze. Wpadają wszędzie: do ust, oczu, nosa i za koszulę. Na szczęście znikęły jak się zupełnie ściemniło. Około dziewiątej docieramy do Freising. Wjechaliśmy na zwykłą ulicę i zrobiło się jakoś dziwnie. Budynki, ludzie i samochody - głośny szum. Niedaleko był jakiś hotel a nam trzeba było wody. Poszedł Piła. Nie było go dość długo ale wrócił z całą rolką papieru. Ja i Agnieszka też idziemy do toalety. Zdjąłem koszulkę i umyłem się trochę. Zawsze odrobinę czysciej. Obok stało kilka rolek papieru więc też wziąłem sobie jedną. Wyszedłem z hotelu. Wróciliśmy na drogę rowerową. Okazało się, że prowadzi ona dalej do Moosburg. Postanowiliśmy tam zajechać ( jakieś 19 km). W pewnym momencie znaki wskazywały kierunek na drugą stronę rzeki przez most. Pojechaliśmy kawałek ale nie było dalszych kierunkowskazów. Stwierdziliśmy że coś jest nie tak i postanowiliśmy pojechać dalej drogą wzdłóż rzeki. Po jakimś kilometrze droga zaczęła wyraźnie zmniejszać się i wyglądała na bardzo rzadko używaną. Wniosek z tego, że jechanie tędy nie było najlepszym pomysłem. No cóż, wracać nie będziemy. Agnieszka zaczęła mówić, że już ma dość na dzisiaj i trzeba szukać miejscówki. Rozkładamy się w drzewkach tuż przy drodze. Na obiad filety rybne. Jak je kupiliśmy były zamrożone i wyglądały nieźle. Teraz zrobiła się pacia. Pioterk smażył je porcjami. Wyszły dobrze, smakowały mi. Spać mieliśmy bez namiotu. Piła twierdził, że nie będzie padać. Mnie jednak nie podobała się podejrzanie ciepła noc, nadchodzące chmury i charakterystyczny szum liści drzew. Istotnie, po chwili zaczęło kropić. Rozłożyliśmy szybko namiot. Rowery przykryłem folią na której początkowo miałem spać i wpakowaliśmy się pod daszek namiotu. Gdy zasypiałem lał silny deszcz. W środku nocy Agnieszka mnie obudziła z krzykiem : „Marek otwórz szybko!, proszę cię" Zdążyłem. Musiało jej coś zaszkodzić. Deszcz padał dalej.

Środa 28.08

Moosburg - Landshut - Worth - Landau

Kałuża w której leżałem rano była pokaźnych rozmiarów. Lać oczywiście nie przestało. Śpiwór mokry jak gnój, moja stara karimatka nasiąkła zupełnie. Leżymy tak i mokniemy w namiocie. Około południa stwierdziłem, że trzeba się ruszyć bo woda z nieba kapać może przez najbliższe dwa tygodnie. Zwinęliśmy śpiwory, potem namiot. Zrobiłem zdjęcie jak mokniemy w tych drzewkach. Bułki które zostały na noc przy rowerze Piły zwiększyły swoją masę trzykrotnie, nasiąkając wodą. Będą do zupy. Poczłapaliśmy się drogą wzdłuż rzeki lecz nie było to już takie przyjemne. Woda i błoto, choć przestało nawet siąpić. Agnieszka po nocnych sensacjach nie czuje się najlepiej. Skręcamy więc na najbliższy most i spotykamy właściwą drogę dla rowerów. Zupełnie co innego. Ładny żwirek i nie ma bagna. Po 10 km docieramy do Moosburga. Małe zakupy w sklepie, siadamy na jakiejś ławeczce i robimy śniadanko. Znów zaczęło siąpić i zrobiło się jeszcze zimniej. Stwierdziłem, że taka jazda nie ma sensu i możemy spróbować podwieźć się pociągiem. Szczególnie, że Agnieszka i tak się źle czuje. Podjechaliśmy na stację kolejową. Bilety wyszłyby po 28 DM na łebka za 100 km. To za dużo jak dla nas. Siedzimy trochę w poczekalni. Gdy Aga trochę lepiej się poczuła ruszamy w dalszą drogę. Za godzinę docieramy do Landshut. I tu zaczyna się zabawa w szukanie właściwej drogi wyjazdowej, bo najpierw zwykła ulica zamieniła się w autostradę a potem nie było rozsądnego objazdu. Zajęło nam to sporo czasu. W koñcu udało się. Na jakimś przystanku robimy zupki. Piotrkowi coś się zatkało w maszynce i grzebał w niej przez pół godziny. Aga dostała rosołek a my grochówę z mokrymi bułkami. Wyszło na chwilę słoñce. Wytarliśmy miski papierem i w drogę. Pozostało nam do przejechania dzisiaj jeszcze 40 km. Piła zatrzymał się na chwilę bo mu sakwa ocierała o szprychy i gonił nas potem przez 10 km. Jedziemy dość szybko, cały czas 22 więc nic dziwnego. Później, po jakichś 30 km nabieraliśmy w Piotrkiem wody a Agnieszka pojechała i nim się znów spotkaliśmy minęło kolejne 10 km. Zatrzymujemy się kawałek za Landau. Najpierw wypatrzyłem rulony słomy, ale okazały się nieprzydatne dla nas. Rozkładamy się w przydrożnych krzakach. Na jedzenie nie bardzo mam ochotę, choć indycza noga jest bardzo dobra. Ryżu prawie nie ruszyłem. Agnieszka podobnie. Tylko Piła się z nas wyśmiewa, że jesteśmy niejadki. Jak go będzie bolał brzuch to ja też będę się śmiał. Spaliła mi się żarówka w latarce. Niestety nie mam zapasowej więc latarka jest unieruchomiona. Nie śpię w śpiworze bo jest zupełnie mokry. Ubrałem się w długie spodnie wlazłem do „worka na ciało" a śpiworem tylko się przykryłem. Ciepło i sucho choć śpiwór i karimatka są zupełnie mokre.

Czwartek 29.08

Wallersdorf - Platting - Deggendorf - Regen - Zwiesel - Zelezna Ruda

Nawet trochę za ciepło bo rano byłem lekko spocony. Dzieñ zapowiadał się nienajgorzej, wyszło słoñce i można było wysuszyć smrodziarza (śpiwór) oraz karimatkę. Na śniadanie nic nie jadłem bo jakoś mój brzuch dziwnie się zachowywał. Dopiero w Wallersdorfie trafiliśmy na piekarnię i kupiliśmy chleb. O !... Jakie tam były ciasteczka.. i jak pachniały... szkoda tylko, że po 3 DM. Za to chlebek wspaniały. Wcinam od razu 3 kromki z samym masłem. Piotrek oczywiście musiał się krzywić, że znowu stoimy w miejscu. Wyjazd z wioski okazał się trudniejszy niż myśleliśmy bo trzeba było skręcić w lewo a my pojechaliśmy prosto przez wiadukt nad autostradą. Po pięciu kilometrach zauważyliśmy, że droga zrobiła się jakaś wąska i znikęły pasy. No tak jedziemy w zupełnie innym kierunku, na Strabkirchen. Objeżdzanie okazało się nieopłacalne dlatego wracamy i jedziemy do sklepu. Kupuję znowu dużo łakoci. Część z nich zjadam pod sklepem. Agnieszka i Piła podobnie. Piła wydębił od nas 0,10 DM na dużą milkę. Potem brakowało mi tego pieniążka, gdy chciałem wydać drobniaki, bo wszystko kosztowało 0.79 a miałem 0.72 DM. Znudzeni lenistwem wyjeżdżamy, tym razem na właściwą drogę i udajemy się do Daggendorfu. Za tą miejscowością zaczynają się górki. Pierwszy podjazd dość długi i miejscami nieźle stromy, zajął 1,5 godz. Kawałek pociągnął mnie traktor. Pan w traktorze był na tyle miły, że pozwolił się chwycić poręczy i jechał kawałek od pobocza. Potem górki złagodniały,a nawet było trochę w dół. Widzieliśmy jak niemcy robią drogę. Najpierw maszyna-grzałka roztapia stary asfalt i dopiero na to kładą nowy. Nie to co w Polsce mróz -10 °C a oni drogę robią. Na jakimś parkingu robimy drobny posiłek. Dalsza droga mija jakoś szybko. Do czeskiej granicy docieramy o zmroku. Chciałem wymienić 20 FRS na korony ale głupi facet w kantorze twierdził, że mokre i pogniecione. Z tym drugim to się zgodzę ale, że mokre to nie. Na szczęście Agnieszka wymieniła 30 DM. Chciałem zadzwonić do domu, że przyjadę w sobotę lub w niedzielę ale nikt nie podnosił słuchawki. Za to Agnieszka dodzwoniła się do swoich rodziców. Postanowiliśmy iść na obiad do knajpy. Piła chciał do pierwszej przy granicy ale mi to nie pasowało bo napewno byłyby wysokie ceny. Pojechaliśmy do miasteczka Zelezna Ruda. W napotkanej restauracji nie było smażonego sera i ceny okrutne a pozostałe o 21:00 były zamknięte. W efekcie koñcowym znaleźliśmy stosowną polankę i zrobiliśmy obiad sami. Kotlety mielone z ryżem. Całkiem niezłe. Podczas obiadu paliliśmy sobie ognisko. Pierwszy raz podczas całej wyprawy. Zaraz po obiedzie zaczął padać deszcz. Rozłożyliśmy namiot. Rowery, pozapinane, zaalarmowane i przykryte szczelnie folią znalazły miejsce w przewróconym leju do cementu lub czegoś podobnego. Zaraz po tym idziemy spać. Postanowiłem, że dalej pojedziemy pociągiem, bo czas już się koñczy. Aby wrócić do Warszawy trzeba by jeszcze jeden tydzieñ a to mi nie odpowiadało. Piotrkowi też, ale stwierdził, że przez Czechy pojedzie na rowerze i w jeden dzieñ zrobi 300 km. Niech jedzie, ja z Agnieszką nie mogę, bo ona po 100 będzie miała dość.

Piątek 30.08.96

Zelezna Ruda - Plzen - Praha - Mlada Boleslav (Pociągiem)

Pierwszy wstał Piła i pojechał. Chyba nawet nic nie jadł. My leniuchowaliśmy jeszcze z godzinę. Ranek zapowiadał się nieźle mimo nocnego deszczu i niskiej temperatury. Pierwszą rzeczą było znalezienie stacji kolejowej. Okazało się proste. Pociąg do Pilzna odjeżdża za nie całą godzinę. Wróciliśmy do miasteczka i robimy zakupy. Jeść będziemy w pociągu. Przy kupowaniu biletów okazało się, że jest problem z rowerami bo oni jakieś cuda wyczyniają. Najpierw kazali mi zdjąć bagaż ale się uparłem, że nie zdejmę. Baba w okienku policzyła za to jakieś straszne pieniądze. Usiedliśmy w wagonie. Nawet noża nie wziąłem ze sobą. Pożyczyliśmy od jakiejś czeskiej pary. Po dwóch godzinach byliśmy w Pilźnie. Wszyscy kolejarze nieprzyjemnie się do nas zwracali i byli jacyś źli, chyba za te rowery. Popatrzyłem kiedy mamy następny pociąg. Na szczęście za godzinę, zdążymy zrobić zakupy. Najpierw chciałem wymienić pieniądze. W pierwszym banku nie chcieli monet. Pani w okienku powiedziała mi gdzie mogę sprzedać monety ale zgubiłem drogę. Potem znaleźliśmy jeszcze jeden bank lecz też nie chcieli. Zdecydowałem się na wymianę tylko 20 FRS (były w papierku). Dostałem 406 koron. Oni tu wszędzie mają, oprócz zwykłego kursu jeszcze jakiś dodatkowy podatek ok. 20 koron. Agnieszka bardzo chciała zdążyć do McDonalda i zrobiła się odrobinę drażliwa. Kazałem jej tam pojechać a sam poszukałem odpowiedniego sklepu. Spotkaliśmy się za chwilę i wróciliśmy na stację. Kupiłem bilety na nas, a na rowery powiedzieli mi, że kupuje się w pociągu. Na peronie wypytałem jakiegoś kolejarza jak to jest i okazało się, że jak w pociągu to 20 Kc drożej i jeszcze 20 Kc za bagaż od roweru. O nie!... pojedziemy następnym pociągiem. Usiedliśmy sobie na ławeczce i zjedliśmy zimne cheeseburgery. Były ohydne. Zdjąłem bagaże. Wsadzając karimatkę oraz namiot między sakwy i związując gumą zrobiłem bardziej wygodny do noszenia pakunek. Rowery odprowadziłem do bagażowni. Idioci, czepnęli się szafek, trójkącika na ramie, butelek na wodę i nawet dodatkowego światełka. Czesi są jacyś nienormalni. Z trudem wykłóciłem się, że to wszystko jest na stałe i nie da się zdjąć. Siedzimy i czekamy na pociąg. Piętnaście minut przed odjazdem, poszedłem zobaczyć czy przypadkiem nie pomyliłem peronów. Nie pomyliłem a pociąg stał w innej części tego peronu. Załadowaliśmy się z naszymi tobołkami. Przez megafon zapowiedzieli, że będzie opóźnienie 15 min. Czekam i jem sobie milkę. Obok nas siedzą dwie okropnie brzydkie i beznadziejnie odstawione dziewczyny. Wreszcie pociąg ruszył. Przez dwie godziny nic ciekawego się nie dzieje. Trochę śpimamy a trochę patrzymy przez okno. Nasz pociąg dojeżdża nie na stację Praga-główna tylko na jakąś inną Praga-Smichov. Na szczęście okazało się, że te stacje są niedaleko od siebie. Po niedługim błądzeniu po ulicach stolicy tego kraju znajdujemy stację Praga-Główna. Tłum ludzi, zero informacji, prawie się zgubiłem. Za udzielenie informacji pani w okienku chciała ode mnie 10 Kc. Uznałem, że to lekka przesada. W koñcu znalazłem rozpiskę kiedy i dokąd odjeżdżają pociągi. Oczywiście bezpośredniego pociągu nie ma. Musimy jechać z jakimiś przesiadkami. Bardzo chciałem się wyrwać dzisiaj z Pragi. Na szczęście znalazłem pociąg do Mlada Boleslav, jakoś za dwie godziny. W związku z nadmiarem czasu postanawiamy poszukać knajpy z obiadem. Nie jest to takie proste. Pierwsza była cała zarezerwowana, a w drugiej nie było sera i ceny wysokie. Zniechęciło nas to skutecznie. Wróciliśmy na stację robiąc po drodze zakupy. Nauczeni doświadczeniem oddaliśmy rowery na bagaż i usadowiliśmy się na piątym peronie ( zgodnie z rozkładem jazdy). Okazało się, że tutaj rozkład jeździ sobie a pociągi sobie. Skoñczyło się na bieganiu na sąsiedni peron. 1.5 godz jazdy i jesteśmy na miejcu. Pociąg do następnego miasteczka miał odjeżdżać za 5 min. Baba w okienku nie chciała nam już sprzedać biletów na rowery do tego pociągu. Wkurzyłem się z lekka. Będziemy musieli tu przenocować, bo już późno. Chciałem przespać się na stacji ale Agnieszka stanowczo oponowała. Odjechaliśmy kawałek od stacji i znaleźliśmy kawałek ładnej polanki. Kotlety mielone z bułką posłużyły jako obiad. Wypiliśmy piwo i położyliśmy się spać.


Jeszcze był jeden dzieñ podróżowania pociągami ale już mi się nie chciało napisać. Gdy wróciłem do domu rodzinki oczywiście nie było. Drzwi do piwnicy dostały nowy zamek i nie mogłem się dostać. Co za pech. Zabrałem wszystkie rzeczy na górę a rowery zostawiłem pod schodami, może nikt ich nie ruszy. A potem umyłem się porządnie i jadłem, jadłem i spałem...

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie i publikowanie tylko na zasadach
określionych przez redakcję Koła Roweru >>zobacz.
strona główna |  index

0.06176 sek.  optima cennik