Strona G��wna
Szukaj:   
abc     o nas     login
Wzmocnij POWER - wyjd¼ na rower

Jeśli podoba Ci się ta strona, zagłosuj na nas.

Wyprawy Rowerowe

e-RWM

RWM – u w tym roku miało nie być! No i tak rzeczywiście było, w zamian odbył się e-RWM. Założenia były proste: e-RWM, czyli emerycki Rowerowy Wyjazd Majowy. Miał być prosty, łatwy, przyjemny, niewymagający, żadnych dzwonków na odjazd, żadnego spieszenia się, codziennie ognisko, kiełbaski i piwko, itp. Luzik na maksa.


1 dzień: PKP- ok. 480 km, rower – 28,5 km (A-20%, G-70%, P-10%)

30 kwietnia udało nam się zdążyć na pociąg relacji Warszawa-Zielona Góra. Po zapakowaniu rowerów do pociągu (oczywiście nie było wagonu dla rowerów), przejechaniu 460 km w 6 h 18 minut o godzinie 12:20 znaleźliśmy się w Zielonej Górze. Trzy godziny w Zielonej Górze wystarczyły na zapoznanie się z architekturą miasta, która wydała nam się urzekająca. Majestatyczna konkatedra św. Jadwigi oraz zabytkowy rynek wywarły na nas ogromne wrażenie. O 15:27 kolejny przejazd PKP do stacji Nowogród Bobrzański (przejechaliśmy ten dystans nowoczesnym szynobusem), przemiła Pani Konduktor pomogła nam zamocować rowery w miejscu dla wózków inwalidzkich, pasami bezpieczeństwa). I tu prawdziwy początek wycieczki … po pokonaniu brukowego peronu i nasypu drogowego, który stanowił swoistego rodzaju wyjście z peronu) znaleźliśmy się na drodze krajowej nr 288, którą po przejechaniu ok. 1 km opuściliśmy zapuszczając się na północ w Dolinę Dolnego Bobru. Pojechaliśmy zachodnim brzegiem rzeki pięknym asfalcikiem do Podgórzyc, skąd drogą gruntową (myląc ścieżki) w kierunku wsi Krzywa. Po drodze mieliśmy pierwszą atrakcję wyjazdu – przeprawa przez rzekę Bóbr. Dalej wschodnim brzegiem rzeki wzdłuż Kanału Dychowskiego – mało urokliwie, piaszczysto i dość regularnie – nic ciekawego, a nawet monotonnie (alternatywna droga biegnie wałem – nawierzchnia łąkowa). Na wschodni brzeg rzeki wróciliśmy zamkniętym dla ruchu, drewnianym mostem, gdzie po zaliczeniu kolejnej wpadki (przejazd przez pole oraz rów melioracyjny i bagienko) dojechaliśmy do zielonego szlaku, którym ok. godziny 19 dotarliśmy do Tarnawy Krośnieńskiej gdzie rozbiliśmy namiocik, rozpaliliśmy ognisko, zjedliśmy kiełbaski i poszliśmy spać.


2 dzień: rower – 64,2 km (A-38%, G- 37%, P-13%, B- 12%)

Poranek piękny, zapowiadał się ładny dzień, choć nieco chłodny, wiatr z północy, czyli prosto w twarz – no ale dla rowerzysty to normalka. Kierujemy się Doliną Dolnego Bobru, podziwiając uroki natury. Stary piękny las, rzekę, faunę i florę w całej okazałości. Jechaliśmy cały czas zielonym szlakiem rowerowym, co okazało się strzałem w dziesiątkę. Droga gruntowa (miejscami piach), raczej utwardzona, zero ludzi, piękny las, brak owadów, super miejsca na nocleg (w tym: wyznaczone miejsca biwakowe z ławeczkami i wiatami). Nad Odrę dojechaliśmy około 14:00, gdzie w Krośnie Odrzańskim spędziliśmy chwilkę jedząc obiadek (jogurt na płatkach), rozkoszując się słonkiem i widokiem ze skarpy. Chcąc znaleźć ruiny zamku w Krośnie Odrzańskim a może inne atrakcje zapytaliśmy „tubylca” o drogę, który bardzo kulturalnie odparł „Panie to dziura jest, tu nic nie ma”, tak zachęceni do odkrywania zabytków regionu ruszyliśmy w dalszą drogę chcąc pokonać Równinę Torzymską przez las czerwonym szlakiem. Zaraz za wsią Morsko (miejsce godne zobaczenia), ugrzęźliśmy w piachu i wycofaliśmy się na asfalt (droga nr 276), kierując się na wschód. Mając nadzieję na kontynuowanie wycieczki po asfalcie skręciliśmy na północ na wysokości Szklarki Radnickiej, gdzie skrajem Gryżyńskiego Parku Krajobrazowego, po pięknej drodze brukowej dotarliśmy do Grabina (we wsi drogi piaszczyste). W poszukiwaniu miejscówki na nocleg ruszyliśmy na wschód drogą piaszczysto-szutrowo-gruntową, wśród pól, na których gdzieniegdzie mieszkają skowronki, przez Podłą Górę (bunkier), Międzylesie dojechaliśmy do Ciborza. Nad jeziorkiem, przy szopie na kajaki, rozbiliśmy namiocik i rozpaliliśmy ognisko. W pobliżu okoliczna młodzież również bawiła się przy ognisku, co jakiś czas przedstawiciel konkurencyjnego ogniska przychodził do nas pogadać o życiu  Dowiedzieliśmy się np. że studia prawnicze łatwiej skończyć w Norwegii niż w Polsce dlatego jeden z naszych młodych rozmówców zamierza przerwać studia na Akademii Morskiej w Gdyni (specjalność platformy morskie) i rozpocząć prawo międzynarodowe w Norwegii, poza tym dodatkowym argumentem przemawiającym za studiami w Norwegii było to, że praca na platformie to właściwie brak rodziny, no a rodzinę trzeba mieć (dziś młodzież jest ambitna). Zaopatrzeni w nową wiedzę zjedliśmy kiełbaski, wypiliśmy piwko, wypaliliśmy resztę opału i poszliśmy spać.


3 dzień: rower – 52,1 km (A-82%, G- 7%, P-8%, B- 3%)

Rano obudził nas cudowny dźwięk kropli deszczu uderzających o tropik. Nic lepszego nie mogło się wydarzyć. Zostaliśmy w namiocie do godziny 1100 Choć nad nami wisiały ciężkie chmury z zapowiedzią ulewy ruszyliśmy dalej. Asfaltem Cibórz-Skąpe-Łąkie- Ołobok-Świebodzin. W Świebodzinie na rynku w knajpce Mariano Italiano zjedliśmy pyszny i tani obiad, a na płotku ogródka knajpki rozwiesiliśmy mokry namiot, który spokojnie wysechł podczas naszego posiłku. Choć zapowiadało się na wielką ulewę to mieliśmy szczęście bo nie padało, ale było zimno, wietrznie, wilgotno i nieprzyjemnie. Krótki rekonesans rynku oraz wizyta pod Pomnikiem Chrystusa Króla i jedziemy dalej – oczywiście pod wiatr, na zachód Świebodzin-Witkowo-Mostki. Do Mostków ja dojechałam szlakiem zielonym, który bardzo polecam, las liściasty, droga gruntowa czasami brukowa, ale bardzo komfortowa. Jerzy pojechał najgłówniejszą trasą przelotową w tym regionie (no ale po asfalcie). Uroki lasu zamienił na hałas trasy przelotowej w tym TIR’ów. Spotkaliśmy się w Mostkach pod sklepem skąd zielonym szlakiem, piaszczystą drogą, dojechaliśmy do wsi Bucze. Dalej asfalcikiem do Żelechowa i do Łagowa. W Łagowie zamieszkaliśmy w agroturystyce „u Michała”. Bardzo przyjemne miejsce, godne polecenia, no i ciepłe, nie pada na głowę i nie trzeba strząsać szronu z namiotu, co zapowiadało się na rano. Wszystkie okoliczne wsie i miasteczka są urokliwe, zabudowa poniemiecka, ogródki uporządkowane, ludzie sympatyczni, lasy czyściutkie - bez śmieci, wyznaczone ścieżki rowerowe, wiaty, śmietniki, tablice informacyjne.


4 dzień: rower – 11,3 km (A- 5%, G-95%)

Na samochodach parkujących przy naszej kwaterze rano osiadł szron. Dzień był zimny i wietrzny. Postanowiliśmy przenocować jeszcze jedną w tym cudownym, ciepłym i domowym miejscu. Zachęceni przez gospodarza objechaliśmy jezioro Łagowskie dookoła – ścieżką rowerową, piękny buczynowy las – to trzeba zobaczyć jesienią. Wizyta na wieży widokowej zamku Joannitów, z której rozciąga się piękny widok na Łagowski Park Krajobrazowy.


5 dzień : rower 50,1 km (A-30%, G- 34%, B-18%, Sz-18%)

Około 9:30 opuściliśmy Łagów przemierzając Łagowski Park Krajobrazowy wschodnią jego stroną, czerwonym szlakiem. Od razu na drzewach zobaczyliśmy ostrzeżenia, że wjechanie do Parku grozi śmiercią (poligon) jednak zignorowaliśmy je. P. Michał wspomniał, że zawsze „strzelanie ksiądz ogłasza z ambony”, więc po brukowej, poligonowej drodze zapuściliśmy się w głąb pięknego liściastego lasu. Wszelkie niedogodności jazdy po bruku zrekompensowała nam Matka Natura ukazując piękno tutejszego lasu. Po wyjechaniu z Parku pojechaliśmy na zachód asfaltem, aby po 3 km skręcić na północ w stronę Grochowa, polną drogą biegnącą wąwozem wśród dębów i klonów. W Grochowie złapał nas deszcz, który przeczekaliśmy na przystanku autobusowym, wykorzystując czas zjedliśmy zupkę „chińską” i wypiliśmy herbatę. Przemiła mieszkanka Grochowa opowiedziała nam historię nowego płotku wokół kościoła ……(oj te władze samorządowe). Gdy wyszło słoneczko ruszyliśmy gruntową drogą wśród łąk w stronę Glisna-Lubieniewice (miasteczko z zabytkami, lecz nic poza jednym otwartym sklepem tam nie znaleźliśmy). Z Lubieniewic Międzynarodowym Szlakiem Rowerowym przez łąki i lasy, drogą łąkową, gruntową i szutrową dojechaliśmy do Kołczyna nad Wartą. Z Kołczyna wyjechaliśmy asfalcikiem biegnącym koroną wału kierując się na zachód. Po przejechaniu około 2 km znaleźliśmy miejsce na namiocik po południowej stronie wału, na czyimś polu. Gdy rozbijałam namiot na wale nadal toczyło się życie - wędkarze, którzy jeszcze moczyli kije w nadziei złowienia szczupaka, zagadywali nas. Jeden z nich, jak zobaczył nasz namiocik powiedział „Boże jak ja Państwu współczuję”. Jeszcze nie wiedzieliśmy jak prorocze będą jego słowa. Ognisko, kiełbaski i spać.


6 dzień : rower 50,5 km (A-40%, G/P- 48%, B-12%)

Obudziłam się o 6:30, w namiocie cieplutko 9ºC, nic nie zapowiadało widoku za „oknem”. Na polu szron, na namiocie szron, na rowerach szron. Oj Pan wędkarz miał racje, Jerzy po wyjściu z namiotu od razu rozpalił ognisko, abyśmy mogli w ciepełku zjeść śniadanko. Dzień był słoneczny, ale wietrzny, cały czas wiało z zachodu (więc znów prosto w twarz). Kierując się na zachód, droga asfaltową, koroną wału dojechaliśmy do Świerkocina, gdzie przejechaliśmy Wartę na północny brzeg. W poszukiwaniu sklepu pojechaliśmy do Pyrzan, gdzie po drobnych zakupach wróciliśmy na wał. Koroną wału, w granicach Parku Narodowego „Ujście Warty”, biegnie droga gruntowa, którą wyznaczony jest Międzynarodowy Szlak Rowerowy. Uroku Parku Narodowego nie można opisać, każdy z Was musi to kiedyś zobaczyć na własne oczy – rozlewiska rzeki, zapach ziół, śpiew ptaków (gęganie, ćwierkanie, szczebiotanie, krakanie, piszczenie itp.). Różnorodność gatunków fauny i flory niespotykana w innych rejonach Polski. Tysiące ptaków, żurawi, dzikich gęsi, drapieżników tj. myszołowy, orły, czaple, łabędzie, kaczki i wiele innych, których nazw nie znam. Szlak rowerowy dosyć przyjemny, miejscami piaszczysty (piach wysypany z worków zgromadzonych podczas akcji przeciwpowodziowej). Na wysokości Kamienia Wlk. wiata piknikowa. Z wału zjeżdża się w miejscowości Dąbroszyn, skąd lasem można dojechać do Kostrzynia. Z Kostrzynia jechaliśmy dalej wałem tylko już nie wzdłuż Warty a Odry, w granicach Krajobrazowego Parku „Ujścia Warty”, nawierzchnia gruntowa. W okolicach słupka granicznego numer 545 rozbiliśmy namiot nad Odrą. Gdy rozbiliśmy namiocik, usiedliśmy przy ognisku, piekąc kiełbaski obserwowaliśmy toczące się życie – ryby wyskakiwały nad wodę, ptaki wracały z niemieckich żerowisk do Polski na miejsca noclegowe, bobry pływały w zakolach rzeki, zapewne niezadowolone z tego, że siedzimy przy ich zejściu do wody. Owadów nie było, choć wieczór był ciepły (pierwszy ciepły wieczór na tej wycieczce.


7 dzień : rower 63,46 km (A-40%, G- 48%, Sz-8%, B-4%) – PKP – 458 km

Ostatni dzień wyprawy, dziś wracamy do domu, plan powrót ze Słubic. Noc była ciepła, wstaliśmy ok. 8:00, Odra wyglądała pięknie, słońce odbijało się w jej nurcie, to był optymistyczny początek dnia. Poranek był chłodny, dlatego znowu do śniadania rozpaliliśmy ognisko, wiatr zmienił kierunek, dostosowując się do naszego kierunku jazdy – znowu wiało w twarz. Ruszyliśmy wzdłuż wału w stronę Słubic. Droga gruntowa, biegła wschodnią częścią wału, nad głową przelatywały ptaki udające się na żerowiska, z krzaków wyskakiwały sarny i zające. To było niesamowite. Na wysokości słupka granicznego nr 531, 30 m wieża obserwacyjna, na którą od razu się wdrapałam. Z góry wypatrzyłam ścieżkę rowerową, biegnącą koroną wału (oczywiście refundowana ze środków UE). Zachodnią strona wału biegła droga łąkowa, koroną wału ścieżka rowerowa z kostki, wschodnią strona – szutrówka. Wybór spory ścieżka rowerowa skończyła się po około 3 km. Z wału zjechaliśmy na drogę szutrową, którą dojechaliśmy do Słubic około godziny 13 a do Frankfurtu chwilkę później. Pokręciliśmy się po Frankfurcie, na rynku zjedliśmy kebab a następnie deser – ciacho i kawę, po czym udaliśmy się na poszukiwanie sklepu rowerowego w którym kupiliśmy dla Jerzego sakwy rowerowe. Ok. 17:00 wróciliśmy do Słubic, aby udać się na „dworzec kolejowy”. Zamiast dworca zobaczyliśmy tylko budkę dróżnika i peron z wiatą na 5 osób. Na budce rozkład jazdy pociągów i tu zdziwienie czyżby Internet nas oszukał, co z pociągiem do Warszawy. Przewidująco władze PKP na rozkładzie jazdy zamieściły telefon do informacji, więc zadzwoniłam i … to jest długa historia… W każdym razie kończy się tak: o godzinie 17:30 uzbrojona w zasób informacji kolejowych postanowiłam, że ruszamy do Rzepina (18 km). Jerzy mocno zaprotestował „Nie dam rady!!!!”. Przekonany, że to 1,5 h i tylko 18 km ruszył w drogę. Udało się! Zdążyliśmy! Na stacji w Rzepinie byliśmy o 18:30, odjazd pociągu o 19:04 (koszt 270 zł – 2 osoby, 2 rowery). Do Rzepina dojechaliśmy asfaltem początkowo droga nr 137 Słubice- Kunowice - Nw. Biskupice, skręt na południowy – wschód przez Gajec do stacji Rzepin. 34 minuty całe szczęście wystarczyły na zakup biletu (co nie było proste, bo Pani w kasie nie potrafiła obsługiwać kasy ICCC). W Warszawie byliśmy ok. 24

Trasa wyjazdu:

Pokaż RWM12 na większej mapie
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie i publikowanie tylko na zasadach
określionych przez redakcję Koła Roweru >>zobacz.
strona główna |  index

0.03884 sek.  optima cennik