|
|
Rumunia '2002 - reportaż z wyprawyWyprawa rozpoczê³a siê jak zwykle - na dworcu. Tym razem by³ to dworzec Warszawa Wschodnia. Za³adowali¶my rowery zapakowane w torby do po¶piesznego poci±gu Batory. Wszystko odby³o siê bez przeszkód. 12 godzin i jeste¶my w Budapeszcie. Drobne problemy by³y tylko z biletami na S³owacji, bo kasjerka nie umia³a wypisaæ odpowiedniego biletu. Mamy godzinê na przesiadkê do poci±gu do Braszowa. Biletów na rower oczywi¶cie nie da³o siê kupiæ w kasie. Wêgierski kanar skasowa³ nas na 21000 forintów. Dawno tyle za rower nie p³aci³em. Po przekroczeniu granicy rumuñskiej do rowerów przyczepi³ siê z kolei kanar rumuñski. Na pocz±tek chcia³ 2 mln lei za bilet, tyle nawet nie mieli¶my. Szybko okaza³o siê, ¿e jest skory do negocjacji. Ostatecznie zap³acili¶my 100 tys lei i 6 dolarów. Z niepokojem wy³adowujemy nasze baga¿e na peron w Braszowie. Przed wyjazdem prawie wszyscy ostrzegali nas przed niebezpiecznymi Rumunami, którzy morduj± przyjezdnych zaraz po wyj¶ciu z poci±gu i odbieraj± im baga¿. Na szczê¶cie nic takiego nie mia³o miejsca, zainteresowanie nami by³o znikome i nie odbiega³o od standardowego gapienia siê kilku ludzi z pewnej odleg³o¶ci. Montujemy rowery i w drogê. Na stacji wymieniamy pieni±dze. ¯adnego problemu. Za 300 dolarów kanadyjskich dostajê 6 mln lei. Kawa³ek dalej z pomoc± przypadkowo poznanych dwóch mi³ych dziewczyn znajdujemy nocleg. Uda³o nam siê wytargowaæ po $1. Prawdê mówi±c cena lichwiarska, bo $9 od ³ó¿ka w systemie piêtrowym. Wspólnego pokoju te¿ nie dostali¶my, bo nie by³o. Za to w cenê wliczona jest godzina w kafejce internetowej. Po dwóch dniach jady poci±giem, k±piel w ciep³ej wodzie jest du¿ym relaksem. K³adziemy siê spaæ do¶æ wcze¶nie jak na Elvisowy standard i wracaj±cy z knajpy ludzie oko³o godziny 1:00 nieco nam przeszkadzaj±. Za to rano odwdziêczamy siê z nawi±zk±. Dosz³o nawet do ma³ego spiêcia miêdzy Pi³± i jakim¶ angolem. Poranna pogoda nie zapowiada deszczu. Zreszt± nie wiele by to zmieni³o. Idziemy zwiedzaæ Braszów. Stara czê¶æ miasta jest naprawdê ³adna. Miasto wybudowane w dolinie, miêdzy dwoma górami nie mog³o pogr±¿yæ siê w blokowisku ze wzglêdu na brak miejsca. Dziêki temu starówka ocala³a. Pl±czemy siê po mie¶cie robi±c zdjêcia. Na poblisk± górê Tampa (955m) jest kolejka linowa. Mamy ma³y problem z doj¶ciem do niej. Na szczê¶cie uda³o siê i po chwili jeste¶my na górze. Przed nami rozci±ga siê panorama czerwonych dachów. Urzêdujemy na jaki¶ czas na tarasie widokowym. Przy okazji nast±pi³a drobna zgubka, bo Gosia i Pi³a pojechali na dó³, ja, Agnieszka i A¶ka gadali¶my na szczycie a Wiesiek nas wszystkich szuka³. Z pomoc± „przysz³y” nam komórki i szybko siê znale¼li¶my. Na obiad idziemy do nale¶nikarni. Pocz±tkowo nie mia³ byæ to obiad, ale ostatecznie nim zosta³. Z Braszowa wyje¿d¿amy oko³o 16:00 w kierunku po³udniowym drog± nr 73. Naszym najbli¿szym celem s± dwa zamki Rasnov i Bran (Castelul Bran). Oko³o 18:00 docieramy do Rasnova gdzie mijamy lokaln± fiestê. Rozk³adamy siê na polu namiotowym, po 200 lei od ³ba. Pocz±tkowo facet chcia³ chyba ze 400 ale uda³o nam siê utargowaæ. Namioty stawiamy szybko, wiêc zostaje nam jeszcze sporo wolnego czasu do zachodu s³oñca. Idziemy (na piechotê!) zwiedzaæ zamek. Muszê przyznaæ, ¿e jest ca³kiem okaza³y i warto go zobaczyæ w przeciwieñstwie do Castelul Bran. W nocy przypl±ta³a siê banda pijanych Francuzów. Przepychali siê, krzyczeli i oczywi¶cie mjuzik na ful. Zastanawia³em siê czy nie bêdzie z tego jakiej¶ bójki. Na szczê¶cie jako¶ prze¿yli¶my tê noc bez strat w ludziach i sprzêcie. Zamek Bran przypomina nieco ten z bajek Disneya. Moim zdaniem kompletny kicz. W dodatku nie ma wiele wspólnego z W³adem Palownikiem bêd±cym pierwowzorem Draculi. Akurat tak wypad³o, ¿e dotarli¶my do niego w poniedzia³ek. Niestety w poniedzia³ki muzea s± pozamykane i nawet „extra lei” nie przekona³y kolesia aby¶my mogli pozwiedzaæ. Trudno. My¶lê, ¿e nie ma czego ¿a³owaæ (przewodnik po Transylwanii te¿ tak my¶li). Ruszamy w kierunku Pasul Bran prze³êczy pomiêdzy szczytami Piatra Craiului oraz Leagota o wysoko¶ci 1290 m n.p.m. Pierwsza prze³êcz na tej wyprawie i to nie byle jaka. Podjazd zajmuje ca³e popo³udnie i kawa³ek nastêpnego dnia. Miejscami jest nawet stromo. Dodatkowo wieje silny wiatr, oczywi¶cie w twarz. 3 km przed prze³êcz± rozk³adamy siê na nocleg, na sympatycznej polance. Jest wtorek, ¶wieci s³oñce, ca³e przedpo³udnie drogê mamy w dó³. Zjazd z prze³êczy ci±gnie siê a¿ do Campulung, gdzie robimy sobie ma³± przerwê na kawê i drobne zakupy. W miasteczku pierwszy raz natknêli¶my siê na cyganów w stylu „pani daj”. Przez chwilê byli nawet upierdliwi. Rumuni ich odpêdzali od nas. Odwiedzamy te¿ ca³kiem fajny targul. Tutaj te¿ rozstajemy siê z drog± nr 73 (miêdzynarodow± E574 po której spokojnie przechadzaj± siê krowy) i skrêcamy na zachód (a jak¿e!) do Curtea de Arges. Powoli czujê jak mnie dopada jakie¶ choróbsko. Zapomnia³em zabraæ czapkê. Noce s± ju¿ zimne i pewnie mnie zawia³o. Zaczê³y siê te¿ górki, takie niedu¿e, ale upierdliwe, pod koniec dnia nawet mêcz±ce. ¦pimy na ³±ce daleko od drogi.
Nastêpnego dnia rano nie mogê wstaæ. Typowe przeziêbienie. Chcê tu pole¿eæ do jutra, ale wszyscy przekonuj± mnie, aby pojechaæ do miasta i tam znale¼æ jakie¶ lokum na jeden dzieñ. Ostatecznie wynajmujemy sze¶cioosobowy apartamentul za 750000 lei na kempingu. Jestem pod wra¿eniem. ¦ciany z dykty, ciekn±cy dach, grzyb na suficie, powybijane szyby. No i oczywi¶cie wspania³a ³azienka. Po chwili okaza³o siê, ¿e na kempingu nie ma wody, ale wed³ug zapewnieñ recepcji za godzinê ma byæ. By³a, owszem, ale dopiero nastêpnego dnia rano. Ja zosta³em na kempingu, aby siê kurowaæ a pozostali ruszyli zwiedzaæ miasto. Co widzieli? Nie wiem dok³adnie, ale w dawnej wo³oskiej stolicy jest, co ogl±daæ. Wiele cerkwi, w tym najstarsza kamienna ¶wi±tynia Wo³oszczyzny, oraz jedna z najpiêkniejszych cerkwi Rumunii – Nowy Sobór Katedralny, w której pochowano dwóch rumuñskich królów: Karola I i Ferdynanda I. Chyba nieco straci³em, ale najwa¿niejsze, ¿e choroba minê³a i mogê dalej jechaæ. Rozpoczê³a siê szosa transfogaraska. Prawdê mówi±c podziewa³em siê od razu wysokich gór, jednak nic z tego. Mo¿e to i dobrze. Po jakich¶ dwóch godzinach peda³owania, przerwanych jedynie na zjedzenie arbuza, który Pi³a wióz³ z miasta, docieramy do Cetatea Poienari – prawdziwego zamku Vlada Tepesa (czyli W³ada Palownika). Niestety z zamku zachowa³y siê zaledwie szcz±tki, wiêkszo¶æ z pozosta³ych po nim murów runê³a w przepa¶æ w 1888 roku. Do ruin prowadz± schody z nieskoñczon± (a przynajmniej du¿±) ilo¶ci± stopni. Nie da siê tam wjechaæ rowerem z sakwami, wiêc idziemy na zmiany, co potwornie wyd³u¿a czas spêdzony przy zamku. Ale moim zdaniem warto. Prawie godzinny marsz po schodach, wynagradza wspania³y widok gór. Spotykamy trójkê Polaków, którzy przyjechali tu po³aziæ po górach na piechotê. Dos³ownie kawa³eczek od zamku jest zapora i nieco wcze¶niej, podziemna elektrownia wodna wybudowana w latach 1961-1966. Woda z jeziora Lacul Vidraru doprowadzana jest ogromnymi rurami, których stale strzeg± uzbrojeni ¿o³nierze. Obok zapory stoi pomnik Casa Argeseana, upamiêtniaj±cy zakoñczenie budowy. W tym miejscu droga rozdwaja siê. Mo¿na jechaæ z lewym lub prawym brzegiem jeziora. Wybieramy star± drogê lew± stron±. I dobrze, bo jest prawie dwa razy krótsza, nie ma na niej samochodów i przejazdu przez dodatkow± górkê. Zatrzymujemy siê przy schronisku na drugim koñcu jeziora, gdzie rozpalamy sobie ognisko. Ca³y czas krêc± siê obok nas ze cztery psy, które w pewnym momencie staj± siê trudne do zniesienia i musimy je odpêdzaæ. Nie jest to zreszt± takie proste, bo niby uciekn±, ale za chwilê s± z powrotem. Pi±tek. Poranek jest mglisty i okropnie wilgotny. Do tego jazda lekko pod górê powoduje prawie ca³kowite przemoczenie ubrania. Na szczê¶cie po nied³ugim czasie pojawia siê s³oñce i mo¿na zdj±æ nieco ciuchów. Rozpoczyna siê 30-to km ³agodny podjazd na prze³êcz. Zakoñczy siê dopiero u wlotu do 890 metrowego tunelu na wysoko¶ci 2048 m. Przesuwamy siê powoli ku górze podziwiaj±c widoki i robi±c sobie, co kawa³ek zdjêcia. Po drugiej stronie tunelu zatrzymujemy siê przy jeziorze Baela (Lacul Balea) po³o¿onego w¶ród nagich postrzêpionych ska³. Panuje tu zupe³nie inny klimat. Po po³udniowej stronie by³o wyra¼nie cieplej i na sam koniec jechali¶my w chmurach. Nad jeziorem jest zimno, za to ¶wieci s³oñce. Agnieszka i ja postanawiamy zrobiæ tu obiad. Reszta grupy, która przyjecha³a odrobinê pó¼niej, wcale nie ma na to ochoty. Umówili¶my siê w wiosce Cartisoara. W po³owie obiadu chmury zaczê³y siê przelewaæ przez pasmo gór, zrobi³o siê ciemno i jeszcze zimniej. Zjadamy, czym prêdzej nasz posi³ek i w drogê. Zjazd z prze³êczy to czysta przyjemno¶æ. Nie trzeba praktycznie hamowaæ, prêdko¶æ oko³o 40 km/h. Szkoda tylko, ¿e jest tak zimno. Po godzinie i trochê spotykamy resztê grupy. Okazuje siê, ¿e oni jeszcze nic nie jedli. Zdziwi³o mnie to trochê. Na noc rozk³adamy siê praktycznie w tym samym miejscu, w którym siê spotkali¶my, tyle, ¿e w krzakach kawa³ek od drogi. Chmura z gór dopad³a nas wieczorem i niestety zaczê³o padaæ. La³o ca³± noc. Nastêpnego dnia rano siedzimy twardo w namiotach oczekuj±c na koniec deszczu. Jednak nic z tego. Ostatecznie postanawiamy ruszyæ siê niezale¿nie od tego czy pada czy nie. A¶ka i Wiesiek jako¶ siê trochê posprzeczali, nie wiem o co, i nie maj± chyba zamiaru jechaæ z reszt± grupy. Umówili¶my siê w Sybinie. Drog± nr 1 wed³ug przewodnika, rowerzystom je¼dziæ nie wolno. Z racji padaj±cego deszczu postanawiamy pojechaæ w³a¶nie t± drog±. Oczywi¶cie po kilku kilometrach jazdy spotyka nas policja i co¶ tam gada przez megafon, ale ignorujemy to udaj±c, ¿e to nie do nas. Po chwili policjanci zrezygnowali i pojechali sobie. Deszcz te¿ jako¶ przesta³ padaæ, a jak dojechali¶my do Sybina to nawet ¶wieci³o s³oñce. Zakwaterowanie znajdujemy u rumuñskiej Niemki, chyba na podstawie przewodnika. Bardzo dobra lokalizacja, tu¿ obok Piata Mica oraz niewysoka cena. Dostajemy jeden sze¶cioosobowy (a raczej trzy³ó¿kowy) pokój z ³azienk± i pralk±. Bardzo mi to pasuje, bo mam ca³kiem sporo brudnych ciuchów a pranie w umywalce mi siê nie u¶miecha. Po po³udniu odwiedzamy restauracjê, potem pl±czemy siê po mie¶cie robi±c zdjêcia. G³ówne zwiedzanie zaplanowane jest na jutro. Wieczorem, oprócz wielkiego prania, wielkie mycie. Nawet Pi³a poszed³ pod prysznic. Na czas zwiedzania podzielili¶my siê na trzy grupy. W przewodniku wyczyta³em, ¿e w pobli¿u jest jaki¶ skansen. Jak siê okaza³o jest to jeden z najwiêkszych tego typu obiektów w Europie. Na do¶æ sporym obszarze zgromadzono budowle z ca³ej Rumunii. Aby to wszystko zwiedziæ trzeba by mieæ przynajmniej ca³y dzieñ a nie dwie godziny. Na szczê¶cie mamy rowery, co znacznie przyspiesza poruszanie siê. Deszcz, który rozpada³ siê na jaki¶ czas przeczekujemy w wiatraku. Mimo krótkiego czasu warto by³o zobaczyæ skansen. Wracamy do centrum miasta na obiad. Potem odwiedzamy jakie¶ muzeum i ko¶ció³ przy Piata Mare. Nastêpnie krêcimy siê po mie¶cie do pó¼nych godzin nocnych. Po przebyciu drogi transfogaraskiej i zwiedzaniu Sybina, kierujemy siê na Sighisoare. Mamy zamiar obejrzeæ warowne ko¶cio³y. Wyruszamy rano drog± nr 14. Pierwszy trafi³ siê ju¿ Simnic, ale by³y to w zasadzie ruiny, w których mieszka³ sobie jaki¶ cz³owiek z kilkoma psami i kotem. Potem by³ jeszcze jeden, ale nie pamiêtam gdzie. Na pewno przed Medias. Do Medias docieramy w porze obiadowej. Wybieramy jedynie s³uszn± knajpê w kolorze ró¿owym. Na dzieñ dobry dostajemy po kieliszku mocnej wódki. Potem jak zwykle zamawiam wiêcej ni¿ mogê zje¶æ i opycham siê na maxa. Na koniec wyje¿d¿amy z miasta i robimy jeszcze jakie¶ 10 km. ¦ciemnia siê, wiêc rozpoczynamy poszukiwania miejscówki. Jak na z³o¶æ nic nie ma. Z lewej wysoka góra, z prawej podmok³a ³±ka. W koñcu znajdujê ma³y kawa³ek równego, ale przyje¿d¿aj± jacy¶ kolesie i akurat pakuj± siê na t± sam± drogê. Miejscówka spalona. Jedziemy jeszcze kawa³ek dalej, ale nic nie ma. Zrobi³o siê ca³kiem ciemno. W skutek protestów dziewczyn, postanawiamy pojechaæ przez Mosna i zatrzymaæ siê u jakich¶ ludzi na podwórku. W koñcu l±dujemy miêdzy murami ko¶cio³a w Mosna. Ca³kiem nie¼le.
Kolejny dzieñ rozpoczynamy od obejrzenia ko¶cio³a. Jest to jeden z najwiêkszych ko¶cio³ów halowych. Gród ko¶cielny tworz± obwarowania z piêcioma wie¿ami oraz celami chroni±cymi dobytek okolicznej ludno¶ci. Dostêpu do niego strze¿e mocno ufortyfikowana brama. Sam ko¶ció³ powsta³ w XIV wieku jako bazylika, radykalnie przebudowana w 1485 roku. Z Mosna udajemy siê w±skimi dró¿kami do Biertan. Jest tu warowny ko¶ció³ wpisany na listê ¶wiatowego dziedzictwa UNESCO. Akurat trafili¶my na jak±¶ przerwê, wiêc chwila odpoczynku w promieniach s³oñca, które dzi¶ wyj±tkowo mocno grzeje. Po przerwie okaza³o siê, ¿e nadal jest przerwa wiêc ze zwiedzania nici. Obeszli¶my tylko mury dooko³a. Do Sighisoary zosta³o nam 30 km. Droga mija szybko i nied³ugo jeste¶my na miejscu. Jest to na pewno jedno z ciekawszych miast na naszej trasie. Najpierw znajdujemy odpowiedni pensjonat w samym centrum starówki. Potem parami ruszamy obejrzeæ starówkê. Na koniec zaliczamy knajpê w domu, w którym urodzi³ siê Dracula. Nastêpny dzieñ w ca³o¶ci po¶wiêcamy zwiedzaniu miasta. Sighisoarê opuszczamy dopiero w czwartek rano, w dodatku poci±giem. Czas naszej wyprawy powoli siê koñczy a chcemy jeszcze zobaczyæ Maramures. Znów powsta³ problem z rowerami, bo pani w kasie stwierdzi³a, ¿e bilety na rower za³atwia siê u kanara. No có¿, 3 godzinne targowanie siê z kanarami nie ominê³o nas i tym razem. Podró¿ 400 km zajê³a prawie ca³y dzieñ. Do Baia Mare docieramy wieczorem. Jak tylko wysiedli¶my z poci±gu rozpada³o siê. Szybko przeskakujemy w „stroje deszczowe”. Pada okropnie. Zatrzymujemy siê na stacji benzynowej pod dachem. Pi³a z Wie¶kiem jad± szukaæ jakiego¶ noclegu. Ostatecznie l±dujemy w nocnym klubie. Du¿o czerwonego ¶wiat³a, charakterystyczna rurka i kilka pokoi na górze. Nie podoba mi siê bardzo ten lokal, ale wy³a¿enie w tej chwili na deszcz nie podoba mi siê bardziej. Na szczê¶cie rano ju¿ nie pada³o. Zmywamy siê z do¶æ szybko. Najpierw na targul. Chwila dla ¿o³±dka i w drogê. Przed nami drewniane miasteczka z drewnianymi domami i drewnianymi bramami. Ale najpierw musimy pokonaæ prze³êcz 1040 w górach Lapusului. W Surdesti ogl±damy drewnian± cerkiew z bardzo wysok± wierz±. Dalej droga wiedzie ca³y czas pod górê i robi siê coraz wê¿sza. Przed sam± prze³êcz± robimy obiad. Pochmurne niebo nie wró¿y nic dobrego. Mijamy prze³êcz i z zawrotn± prêdko¶ci± zbli¿amy siê do Budesti gdzie planowany jest nocleg. W wiosce spotykamy cz³owieka z charakterystycznym dla tego rejonu, tradycyjnym nakryciem g³owy. Drewniane bramy do domów s± tu piêknie rze¼bione w przeró¿ne wzory. Przez malutkie okienka zagl±damy do wnêtrz o¶wietlonych izb. Wszystko jest takie tradycyjne, po prostu ¿ywy skansen. Na niektórych p³otach wisz± wywieszone we³niane koce. Szkoda, ¿e jest tak pó¼no i nie bardzo mo¿na robiæ zdjêcia. W jednym z domów pytamy o mo¿liwo¶æ noclegu. Gospodarz pocz±tkowo by³ niechêtny, bo my¶la³, ¿e rozmawia z Niemcami. Jak dowiedzia³ siê, ¿e jeste¶my z Polski zgodzi³ siê bez problemu. Dodatkowo dostali¶my na noc we³niany gruby koc jakby nam by³o zimno. Wy¶cieli³em sobie nim wnêtrze namiotu. Spa³o siê wy¶mienicie. Kapry¶na pogoda nie jest dla nas przychylna. Znowu leje. Jedziemy w strugach deszczu. W dodatku jest okropnie zimno. Staram siê o tym nie my¶leæ i obiecujê sobie, ¿e na pewno kupiê ochraniacze na buty i nieprzemakalne spodnie.
Morale grupy drastycznie spad³o. W Sighetu zatrzymujemy siê w pizzerii gdzie oprócz obiadu odbywa siê g³osowanie co dalej z wyjazdem. S± trzy mo¿liwo¶ci: przejechaæ 100 km do Satu Mare, przejechaæ 50 km do Negresti-Oas i dalej poci±giem lub nie jechaæ wcale i szukaæ na miejscu jakiego¶ ¶rodka transportu do Satu Mare. G³osowanie wypad³o 100km dwa g³osy i 50km cztery g³osy. Nikt nie g³osowa³ za 0 km. Chyba obiad tak sprawi³. My¶lê, ¿e jakby g³osowanie by³o przed obiadem to nie by³o by tak dobrze (muszê tu dodaæ, ¿e w skutek poprawy pogody wszyscy przejechali 100 km). Jedziemy tu¿ przy samej granicy. Po drugiej stronie rzeki jest Ukraina. W Sapanta ogl±damy „weso³y cmentarz”. Na ka¿dym grobie jest scenka z ¿ycia zmar³ego i krótki tekst, którego niestety nie rozumiemy. Znalaz³ siê tak¿e rowerzysta. Obok cmentarza jest kilka sklepików „z pami±tkami”. Gosia kupuje tu fajny we³niany szal. Przed noc± docieramy prawie pod Pasul Huta. Nocleg spêdzamy w gospodarstwie. Ro¶nie tu drzewo orzechowe. Wielkie orzechy spadaj± na ziemiê i mo¿na zbieraæ. Nastêpnego ranka, po pokonaniu prze³êczy docieramy do Negresti-Oas – miasta mafii. Czarne limuzyny, walizki pieniêdzy i podejrzane typy. Do tego wzd³u¿ g³ównej drogi szereg nowobudowanych, wyj±tkowo kiczowatych domów. Dawno nie widzia³em czego¶ takiego. Na szczê¶cie nikt na nas nie zwraca uwagi. W miasteczku poszukujemy poczty bo A¶ka chcia³a wys³aæ kartki. Znajdujemy j± szybko. Niestety jest to poczta telefoniczna, czyli mo¿na zadzwoniæ ale nie ma znaczków. Innej poczty podobno nie ma.
Opuszczamy Negesti-Oas i mijaj±c Livadê przed wieczorem jeste¶my w Satu Mare. Ostatni± noc postanawiamy spêdziæ na campingu w mie¶cie. Znajdujemy go prawie od razu bo przy g³ównej drodze jest tabliczka. Niestety pani w recepcji powiedzia³a, ¿e nie mo¿emy spaæ w namiotach bo teraz nie ma sezonu. Mo¿emy najwy¿ej wynaj±æ domek, co jest oczywi¶cie du¿o dro¿sze. Nie by³o praktycznie ¿adnych mo¿liwo¶ci negocjacji. Nie i ju¿. Na szczê¶cie niedaleko by³ jaki¶ hotel czy o¶rodek sportowy, gdzie bez wiêkszych problemów za³atwili¶my nocleg. Dodatkowo mieli¶my okazjê wyk±paæ siê w basenie z wod± z gor±cego ¼ród³a. Woda zawiera³a du¿e ilo¶ci zwi±zków siarki i mia³a ponad 40 stopni. Bardzo fajna sprawa. Sfotografowa³em trójkê cyganów i ch³opak chcia³ mi sprzedaæ dziewczynê. Nocleg zapowiada³ siê niezbyt udany ze wzglêdu na ha³as z wesela, które w³a¶nie rozpoczyna³o siê w o¶rodku. Za to mogli¶my sobie pos³uchaæ przy jakiej muzyce bawi± siê Rumuni. Czas wracaæ do domu. Ostatni odcinek trasy w Rumunii z Satu Mare do Oradea pokonujemy poci±giem. Jak zwykle problem z rowerami. Pani konduktor zgarnê³a standardow± sumkê, choæ widzieli¶my, ¿e jako¶ g³upio jej by³o braæ ³apówê. Granicê z Wêgrami przekraczamy w Bors i jedziemy do Biharkeresztes oko³o 20 km od Oradea. Tu po uprzednim spakowaniu rowerów do toreb ³adujemy siê do poci±gu którym jedziemy do Budapesztu, gdzie nocujemy u Vince znajomego Pi³y. Na powierzchowne zwiedzenie Budapesztu przeznaczamy kolejny dzieñ – niedzielê. Vince robi za przewodnika. Jeste¶my trochê zaskoczeni jego wiedz± o swoim mie¶cie, jest naprawdê spora. Wieczorem ³adujemy siê do Batorego. 12 godzin i jeste¶my w Warszawie. Oznacza to jak zwykle – koniec wyprawy. Muszê stwierdziæ, ¿e Rumunia jest wspania³ym krajem do jazdy na rowerze. Ruch samochodowy nawet na g³ównych drogach jest niewielki, wiêc jazda asfaltem nie powoduje stresu. Drogi s± w±skie ale w niez³ym stanie. Mo¿na zobaczyæ naprawdê wiele ciekawych miejsc, ka¿dy znajdzie tu co¶ dla siebie. Opinie panuj±ce w Polsce o mieszkañcach Rumunii s± zupe³nie nieprawdziwe i niesprawiedliwe gdy¿ ludzie s± mili i go¶cinni. Z³± opiniê zrobili im Cyganie, których sami Rumuni nie lubi±. replink('rumunia2002_00','powrót') ?>
| |||||||||||||||
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie i publikowanie tylko na zasadach określionych przez redakcję Koła Roweru >>zobacz. strona główna | index | ||||||||||||||||