Strona G��wna
Szukaj:   
abc     o nas     login
Wzmocnij POWER - wyjd¼ na rower

Jeśli podoba Ci się ta strona, zagłosuj na nas.

Wyprawy Rowerowe
z powrotem strona główna do góry

zapiski z wyprawy

Miejsce:Himalaje, Północne Indie
Czas:25.06.99 - 12.08.99
Uczestnicy:Andrzej Babicz
Wiesław Bartkowski
Piotr Piłaciñski
Piotr Zabłudowski
Cele wyprawy:dotarcie do żródeł Gangesu, wjechanie na najwyższą przejezdną przełęcz Khardung La 5602 m n. p. m.

2000 km w najwyższych górach świata, prawie 20 km w pionie do góry. 6 najwyższych himalajskich przełęczy, ponad milion obrotów koła, 46 dni. Tyle statystyki o rowerowej wyprawie w Himalaje na najwyższą na świecie przejezdną przełęcz Khardung La 5602 m n. p. m, której byłem uczestnikiem. 27 lipca o godz. 11.15 we czterech z Andrzejem, Wieśkiem, i Piotrkiem, wjeżdżamy na najwyższą przełęcz, na którą ludzie poprowadzili drogę. Wyżej rowerem nie da się wjechać. Jesteśmy na dachu świata.

[24.07.99] Taglang La - najwyższy nocleg
Wysokość: 5328 m n. p. m. Śpimy bardzo niespokojnie. Budzę się co chwila, bo uświadamiam sobie, że... przestaje oddychać. Mój organizm domaga się tlenu. Na takiej wysokości wydolność organizmu spada drastycznie. Wszystko odbywa się w zwolnionym tempie, bo każdy gwałtowny ruch powoduje nudności. Już na wysokości 4000 m w powietrzu jest dwa razy mniej tlenu, a powyżej 5000 m organizm ludzki nie regeneruje sie. Jest zimno. Próbuję napić się wody, ale woda w butelce zamarzła. Temperatura: -4C. Taglang La najwyższa przełecz na drodze Manali - Leh jest naszym ostatnim przystankiem aklimatyzacyjnym przed atakiem na najwyższą przełęcz.

[26.06.99] Delhi
Upał jest bezlitosny. Wysoka temperatura, duża wilgotność i spaliny powodują, że powietrze jest tak gęste i lepkie, że przypomina bardziej bezbarwny kisiel, niż coś czym można odychać. Jest 46 C a ktoś z miejscowych mówi, że lato w tym roku jest chłodne. Czuję sie jak kurczak w rozgrzanym piekarniku, którego ktoś próbuje upiec. Jedziemy na rowerach przez Delhi a raczej próbujemy jechać. Co chwila zatrzymujemy się, bo wszystkie łatki na dędkach odkleją się, jakby nie miały kleju. Rama mojego roweru nagrzewa sie do takiej temperatury, że dotknięcie jej grozi oparzeniem. Muszę założyć rękawiczki, żeby móc utrzymać kierownicę, a woda w bidonie chyba zaraz zacznie bulgotać niczym w chłodnicy samochodowej. Czy tu wogóle da się jeżdzić na rowerze?
Na ulicy haos. Co prawda obowiązuje tutaj ruch lewo stronny, ale i tak każdy jedzie jak chce. Potworny hałas wypełnia to wielkie miasto, ponieważ każdy sygnalizuje swoją obecność na drodze przeraźliwym wyciem klaksonu. My na naszych cichych pojazdach czujemy się w ogóle niezauważani i ignorowani przez innych użytkowników drogi. Minie kilka dni za nim przyzwyczaimy się do nowych okoliczności.
Wyprzedzamy wszystkich rowerzystów i rikszarzy. Mamy super rowery, przełożenia, hamulce, specjalne buty. Ten którego mijaliśmy, nie miał butów w ogóle, przełożeñ też, a jego rower pewno pamięta czasy kolonii brytyjskiej. Za kilkanaście może kilkadziesiat rupii ten człowiek cały dzieñ spędza na pedałowaniu w bezlitosnym upale i przepychaniu sie miedzy pojazdami i pieszymi w zaułkach Delhi.

[24.06.99] Przygotowania
Jak zwykle pakowanie przeciąga się w nieskoñczoność. Filtr do wody, GPS - system nawigacji satelitarnej, strzykawka, igły, antymalaryczne prochy, po raz setny sprawdzam to wszystko od czego będzie zależało nasze życie przez najbliższe tygodnie. Zawsze, kiedy patrzę na dwie niewielkie spakowane sakwy ogarnia mnie zdziwienie, że wszystko czego potrzebuję mieści się w nich. Zadziwiające jak niewiele rzeczy potrzeba człowiekowi do życia. Dobrze tylko, że mama nie widzi mojego ręcznika trochę mniejszego od chusteczki do nosa.

[02.07.99] Gangotri - święte miasto
Święte miasto jest pierwszym celem naszej wyprawy. Jedziemy wzdłuż Gangesu do jego żródeł, miejsca pielgrzymek hindusów. Mijamy wielu pielgrzymów, którzy z naczyniami podążają w tym samym kierunku co my, żeby zaczerpnąć wodę u żródła. Witają i przyjmują nas bardzo serdecznie, widząc w nas również pielgrzymów. Uciekamy przed monsunem w wysokie góry a dookoła nas pola ryżowe, bananowce, i stada małp przyglądających nam się wzdłuż drogi, z wielką ciekawością. Po kilku dniach pedałowania dojeżdżamy do Gangotri [3100 m n. p. m.]. Zostawiamy tutaj część bagażu i na lekko ruszamy dalej do Gaumukh [3800 m n. p. m.] u podnóża lodowca. Tutaj dopiero czujemy, że jesteśmy w najwyższych górach świata. Widok lodowca skąd bierze swój początek Ganges i sąsiedztwo ośnieżonych sześciotysięczników robi na nas imponujące wrażenie. Następnego dnia już bez rowerów ruszamy na wycieczkę na lodowiec. Dochodzimy do Tapowan [4200 m n. p. m.], tutaj daje znać o sobie po raz pierwszy choroba wysokościowa, która komplikuje naszą jednodniową wycieczkę. Najpierw Piotrek, potem ja ratujemy się szybkim zejściem.

[25.07.99] Droga Manali - Leh
Droga ta została otwarta dla zagranicznych turystów dopiero w 1989. Prowadzi przez przepiękne przełęcze: Rohtang 3978 m n. p. m., Baralacha La 4985 m n. p. m., Nakeela 4950 m n. p. m., Lachlung La 5100 m n. p. m. i Taglang La 5328 m n. p. m. do stolicy Ladakhu Leh. Droga ta otwarta jest tylko przez trzy miesiące w roku, kiedy topnieją śniegi i przełęcze stają się przejezdne.
Himank to przedsiębiorstwo indyjskie zajmujące sie budowaniem i utrzymaniem w przejezdności dróg w Himalajach. Tylu ludzi, kobiet i dzieci, ile pracuje na tych drogach, ja nigdzie indziej nie widziałem. Żywe kamienie tak o nich mówiliśmy, bo kiedy odpoczwali siedząc nieruchomo, upodabniali się do kamieni. Utrzymanie takiej drogi wysoko w górach przypomina syzyfową pracę lub walkę z siłami przyrody, ponieważ każdy większy deszcz powoduje olbrzymie spustoszenie, nie mówiąc już o topniejących wiosną śniegach.
Odcinek 485 km Manali - Leh zajmuje nam na rowerach 9 dni. Ciężarówka pokonuję tę trasę w 2 dni, jeżeli nie zejdzie lawina i nie zasypie drogi, co zdarza się często. Pokonanie samolotem dystansu z Delhi do Warszawy, jest niczym w porównaniu z przeprawą samochodem nie mówiąc o rowerze.
Przełęcz Rohtang jest pierwszą przełęczą na którą musieliśmy wjechać. Bardzo długo przełecz ta nastręczała wiele problemów ludziom, którzy próbowali ją zdobyć.Tybetañska nazwa Rohtang oznacza "stos ciał". My nie mamy większych problemów. Startujemy z wysokości 1400 m czyli około 2500 m do góry. Chociaż ciężko pedałuje się na takiej wysokości i w dodatku na obciążonym rowerze po raz kolejny przekonuję się, że nawet w tak trudnych warunkach rower jest po prostu genialny. Na każdej przełęczy na niekoñczących się podjazdach wymijamy samochody, które utknęły w olbrzymich zatorach, spowodowanymi obsunięciami ziemi. W miejscach uszkodzonej drogi przenosimy poprostu rowery. Na następnej przełęczy Baralacha La ja mam problemy z wysokością. Jedyne co możemy zrobić to zjechać na bezpieczną wysokość i rozbić obóz. Następnego dnia kontynuujemy jazdę. Przełęcze Nakeela i Lachlung La pokonujemy przy bardzo złej pogodzie. Pada deszcz a temperatura jest bliska zeru. Przełęcz Taglang La otwiera nam drogę do niezwykłej krainy. Ladakh, wysoki płaskowyż w północnych Himalajach nazywany jest księżycową krainą, bo jego surowy krajobraz przypomina bardziej jakąś odległą planetę niż Ziemię. Panujący tutaj wyjątkowo suchy klimat powoduje, że zieleñ pojawia się tylko w pobliżu rzek. W krajobrazie dominuje skała, piach, i osypiska kamieni. Ludzie potrafili jednak przystosować się do tak trudnych warunków i założyli tutaj swoje osady. Na wzgórzach wyrastają gompy, buddyjskie klasztory, które przypominają nam o religi wyznawanej przez mieszkañców tej ziemi. Ostatni odcinek drogi do Leh pokonujemy wzdłuż kolejnej olbrzymiej indyjskiej rzeki - Indusu.

[02.08.99] Tybetañczycy - ludzie wygnani z domu
Niezwykle sympatyczni i ujmujący ludzie. Ich ojczyzna od 1949 roku pozostaje pod okupacją chiñską, dlatego w Ladakhu, który geograficznie należy do Tybetu, znaleźli schronienie. W zasadzie Ladakh, ktróry był niepodległym pañstwem [mają obecnie 42 króla] został uratowany przed inwazją chiñską tylko dlatego, że wcześniej zajęły go wojska indyjskie.
Zaskakująca jest dobroć i życzliwość tych ludzi wygnanych z domu. Szczery uśmiech, nie taki jak u stewardesy przyklejony za godziwe wynagrodzenie, tylko zwyczajny, prawdziwy, gości nieprzerwanie na ich twarzach. Częstują nas swoją tybetañską herbatą czyli z masłem i solą, która smakuje znacznie lepiej niż to podpowiada nasza kulinarna wyobraźnia. Czasem tylko widać w ich oczach smutek i tęsknotę za domem.

[28.07.99] Dolina rzeki Shyok - żołnierze i burza piaskowa
Zjeżdżamy z przełęczy Khardung La na drugą stronę do doliny rzeki Shyok. Niesamowity krajobraz i radość z osiągniętego celu sprawiają, że jesteśmy w dobrych humorach. Dalej kierujemy się do doliny Nubry, której mieszkañcy nadal praktykują wielomęstwo, polegające na związku jednej kobiety z trzema braćmi. Dojeżdżamy do miejscowości Panamik [3200 m n. p. m.], gdzie biją gorące żródła, najdalej wysuniętego na północ punktu dokąd mogą dotrzeć zagraniczni turyści. Bliskośc granicy z Pakistanem, czujemy bo widzimy co raz więcej żołnierzy i częściej jesteśmy kontrolowani. Niestety niekoñczący się konflikt o Kaszmir między Indiami i Pakistanem nie ułatwia podróżowania po tym kraju. Wieczorem rozbijamy obozowisko przy strategicznym moście o czym dowiadujemy sie po zapadnięciu zmroku. Żołnierze z wycelowanymi w nas karabinami pytają się co my tutaj robimy. Po długich wyjaśnieniach nieufni hindusi przeszukują nasze bagaże i pozwalają nam zostać. Ale to nie koniec niespodzianek tego dnia. W nocy zrywa się wiatr, który z godziny na godzinę nabiera prędkości. Kiedy namiot zaczyna się kłaść pod naporem wichury, musimy go podeprzeć własnym ciałem. O spaniu nie ma mowy bo silny wiatr zaczyna podnosić piach którego w dolinie rzecznej jest sporo. Szalejąca burza wciska do namiotu spore ilości pyłu tak, że chwilami nie ma czym oddychać. Piasek mam wszędzie, w ubraniu, śpiworze i między zębami. Jedna z najciekawszych i najdłuższych nocy w moim życiu.

[10.08.99] Indyjska kuchnia czyli problem papryczki
Dhal czyli gotowana soczewica z warzywami i ryżem, ewentualnie z chapati to podstawowe danie w Indiach. Ponieważ poruszaliśmy się po tym kraju na rowerach, musieliśmy jeść to co jedzą mieszkañcy a wynikało to z prostego faktu, że na rower zbyt wiele jedzenia zabrać nie można. Dlatego dhal stał sie również naszą podstawową potrawą bo często nic innego po prostu nie było. Danie to jest bardzo smaczne tylko, że jest ono bardzo ostro przyprawione, zresztą jak większość potraw w Indiach. Dla ludzi nie przyzwyczajonych do tak ostrej kuchni było to problemem, ponieważ palącego gardła nie ugasi woda, czy cola. Ostro przyprawione dania powodują, że hindusi na zakoñczenie każdego posiłku podają cukier i ziarna anyżu, które umozliwiają pozbycie się dokuczliwego pieczenia.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie i publikowanie tylko na zasadach
określionych przez redakcję Koła Roweru >>zobacz.
strona główna |  index

0.03241 sek.  optima cennik