Strona G��wna
Szukaj:   
abc     o nas     login
Wzmocnij POWER - wyjd¼ na rower

Jeśli podoba Ci się ta strona, zagłosuj na nas.

Wyprawy Rowerowe

X JWR - Roztocze

Ciemno. Stacja kolejowa. Znów ruszamy nad Bug. Rozpoczyna się kolejny Jesienny Wyjazd Rowerowy. Wspólnie zastanawiamy się, która to już wycieczka o tej porze roku: Bieszczady, Pogórza, Pomorze...., tak to dziesiąty jubileuszowy JWR. Kto by pomyślał!

Jedziemy przez opustoszałe wioski wspominając minione dziewięć wyjazdów. W połowie drogi zgłaszany zamiar noclegu w strefie przygranicznej, nad rzeką. Mimo to, jak się po chwili okazało, straż graniczna i tak nas odwiedziła.

Niebo nad nami jest wyjątkowo rozgwieżdżone. Trzeba utrwalić ten moment. Podświetlamy nasze namioty i robimy zdjęcia.

Mokry poranek z wilgocią wciskającą się we wszystkie szpary i tak już wilgotnych namiotów to wada jesiennego noclegu nad rzeką. W lesie nie ma rosy i nie ma problemu. Piła mówi, że mamy higrodysmetrię, czyli nadmierne odczuwanie wilgotności. W końcu wystarczy tylko przedefiniować pojęcie "mokry".

Bug w tej okolicy wije się niesamowicie. Brzeg po drugiej stronie jest dokładnie identyczny. Trudno uwierzyć, że po drugiej stronie to już jest Ukraina.

Jedziemy powoli gruntowymi drogami tuż przy rzece aż do Uchranki. Dalej asfalcik do Horodła. Jest ciepło, 20 stopni i świeci słońce. Jednak wieje silny południowy wiatr; jak zwykle w twarz. Opuszczamy na chwilę Bug, aby za chwilę znów znaleźć się nad jego brzegiem, tym razem w Strzyżowie. W Czumowie wdrapujemy się na wieżę widokową, aby popatrzeć na murawy kserotermiczne. Dla mnie to zwykłe łąki. Tablica dofinansowana przez Unię Europejską głosi, że to bardzo „cenne półnaturalne nieleśne zbiorowiska roślinne”.

W sklepie niecodzienna sytuacja: na półce wszystko, ale wódki nie ma. Zwykle w wiejskich sklepach jest tylko wódka. Jak się okazuje ludzie tutaj piją ukraińską vodke, więc na tą ze sklepu chętnych nie ma.

Na noc zatrzymujemy się oczywiście nad Bugiem. Robimy ognicho i gotowanko. Zaopatrzeni ostatecznie w odpowiednie trunki wznosimy toast za dziesiąty Jesienny Wyjazd Rowerowy. Tej nocy straż graniczna nie była nami zainteresowana.

Zaraz na początku dnia żegnamy się z Bugiem. Jeszcze ostatnie spojrzenie na kilkumetrowej szerokości rzekę znikającą po drugiej stronie granicy. Fajnie było nad Bugiem i dobrze że tu przyjechaliśmy.

Mijamy kolejne przygraniczne wioski. W Dłużniowie spotykamy Nepomuka. Stoi biedak na środku skrzyżowania. Kawałek dalej w Mycowie za sprawą spotkanych ludzi trafiamy na ciekawy cmentarz ukryty w lesie z kaplicą grobową Hulimków z 1900 r. Kaplica jest niestety mocno zniszczona i zrabowana. Na górce obok mijamy drewnianą cerkiew. Podobno jakiś cenny zabytek. Akurat coś mi wpadło do oka więc za wiele nie widziałem. Potem gubimy drogę i jedziemy śladem traktora przez pole ozime. Przy samej granicy. Dziwimy się że, żadna straż nas nie zatrzymuje.

Kawałek za Magdalenką robimy popas połączony z podsuszaniem namiotów w ostatnich promieniach słońca. Rozłożyliśmy się na drodze do lasu z betonowych płyt. Miało nic po nich nie jeździć, ale jak to zwykle bywa musiał pojawić się samochód i było szybkie zbieranie.

Postanowiliśmy jeszcze tego samego dnia dojechać do Siedlisk za Hrebennem. Udało się, choć kosztowało to nieco łojenia. W dodatku sklep, który zwykle był otwarty, jakoś dzisiaj otwarty nie był. W związku z tym nie było też piwka do kolacji. W Siedliskach jedziemy jeszcze do kapliczki na wodzie.

Rozkładamy się pod dużą wiatą we wsi. Ognisko robimy w specjalnym palenisku. Nawet drewno jest przygotowane. Piła postanawia odłączyć się i pojechać jeszcze kawałek nocą. We wtorek musi być w pracy. Do Zamościa jest jeszcze spory kawałek, a w końcu jest jeszcze wcześnie. Chwilę później przypałętał się pijany koleś i popijając z gwinta smęcił prawie do północy. Tak to jest z rozkładaniem się we wsi. W końcu poszedł, a my rozstawiliśmy namioty pod wiatą.

W Siedliskach jest całkiem sporo atrakcji. Jedną z nich są skamieniałe drzewa. Odwiedzamy lokalne muzeum tych skamieniałości. Z Siedlisk jedziemy przez las do Werchraty drogą istniejącą tylko na mapie. W rzeczywistości poruszamy się wyasfaltowanymi przez Unię leśnymi przecinkami. W Werchracie robimy mały popas, potem zatrzymujemy się dopiero w Narolu. Właśnie jest tu remontowany rynek, wiele się dzieje, ale my odwiedzamy tylko sklep i ruszamy oglądać Szumy Nad Tanwią. To dość urokliwe miejsce, zwłaszcza o tej porze roku, gdy nie ma dzikiego tłumu. Małe wodospady szumią i pięknie prezentują się w jesiennej scenerii.

Przy stolikach gotujemy obiad. Około szesnastej ruszamy na północ. Na nocleg rozkładamy się kawałek za Ciotuszą w lesie nad rzeczką. W małym zagłębieniu terenu palimy ognicho, pijemy piwo. Zerwał się wiatr - to zły znak pogodowy. W nocy powinna być cisza. Wszędzie dookoła są powalone przez bobry drzewa. W nocy słychać było skrobanie.

Zgodnie z przewidywaniami pogoda znacznie się pogorszyła. Jest mgła i wilgoć, troszeczkę pokapuje deszcz. Nie wiadomo jak się ubrać. W kurtce za gorąco, sam polar robi się szybko mokry. Ostatecznie zwijam kurtkę do sakwy. Deszcz jakby przestał padać i jest OK. Dojeżdżamy do Krasnobrodu. Jakoś kiedyś wydawał mi się większy.

Skręcamy w lewo w kierunku Zwierzyńca. Tam zawsze jest ładnie. Na przydrożnym straganie kupujemy kiszone ogórki i sok z malin. Zdecydowanie lepsze niż te sklepowe. W Zwierzyńcu pustki. Nie ma tłumu turystów, nie ma straganów z pamiątkami. Wygląda trochę dziwnie. Zatrzymuję się na chwile przy jeziorze. Potem jedziemy do opustoszałego browaru. Niestety został zlikwidowany po ponad 200 latach działalności. Postępująca globalizacja teraz rozlewa piwo Zwierzyniec w Lublinie. A to już nie to samo. Prawdę mówiąc liczyłem, że da się wejść do środka ale nawet strażnika w budzie nie było. Wszystko zamknięte na głucho.

Jedziemy nad stawy Echo. Jest tu platforma widokowa, gdzie robimy dłuższy popas. Od czasu do czasu kropi deszcz. Dziś mamy w planie dojechać do Szczebrzeszyna. Jest to blisko, więc postanawiamy zrobić pętlę przez Roztoczański Park Narodowy. Nie lubię zbytnio parków narodowych, bo nic nie można. Jak się okazało przez parkowe lasy biegnie ścieżka rowerowa. Las pięknie pachnie, wszędzie dookoła leżą kolorowere liście. Drzewa też są piękne, niektóre jeszcze zielone, ale większość w żółciach i brązach. Na asfalt wyjeżdżamy dopiero w Tereszpolu. Kawałek za Lipowcem mamy spory podjazd. Na szczycie trafiamy na kolejny szlak rowerowy. Prowadzi przez bardzo fajne pagórki. Suche liście trzeszczą pod naciskiem opon. Gdzie niegdzie leży jesienne błotko zmuszając do wzmożonej koncentracji. W ciemnych wąwozach wsłuchujemy się w szum wiatru. Do Szczebrzeszyna wjeżdżamy po zmroku. Knajpa i łazienka nam się dzisiaj należą. Na knajpę wybraliśmy Restaurację Chrząszcza. Kaczka była dobra. Do łazienki pan dorzucił pokój gratis, więc zostaliśmy do rana.

Ruszyliśmy przed siódmą. To nieźle jak na ten wyjazd. Kawałek asfaltem i znów wskakujemy na szlak rowerowy. Miałem nadzieję, że szlakiem dojedziemy do Biłgoraju, ale gdzie tam. Początkowy fajny kawałek przekształcił się w jazdę po stromych pagórkach połączonych z pchaniem roweru i przedzieraniem się przez świerzo zaorane pola; po kilkunastu kilometrach daliśmy sobie spokój. Łojimy asfaltem w kierunku Lasów Janowskich.

Wieczorem postanowiłem ugotować zupę. Mam wielką ochotę na zupę z ogniska. Może to być barszcz ukraiński. Ale skąd na wsi wytrzasnąć buraki. Zaopatrzenie sklepów sprowadza się zwykle do regularnych dostaw piwa. Warzywa to rzadkość. Jadąc od sklepu do sklepu, od wsi do wsi kupujemy potrzebne składniki. Mamy fasolę, buraki, kartofle i przyprawy. Jeszcze brakuje kilku liści kapusty. Jadąc przez Lasy Janowskie odwiedzamy pomnik na Porytowych Wzgórzach.

Zrobiło się prawie ciemno, a my jeszcze daleko od miejsca na nocleg. W Łążku Garncarskim trafiamy na pierogarnię, ale pierogów nie ma. Koncepcja zupy powróciła. Jedziemy w świetle lamp. Zastanawiam się, jak tu zajarać ognicho w takim lesie. Na koniec drogi obaj robimy się odrobinę drażliwi. Z ogniska i zupy nic nie wyszło. Za to miejscówkę udało się znaleźć całkiem przyjemną. Dziś stuknęła dawno nie widziana stówka na liczniku.

Poranek zadziwił mnie przebyłyskami słońca. Jest lekki mrozek, ale suche powierze powoduje, że odczuwalna temperatura jest dużo wyższa. Mijamy Rzeczycę i kierujemy się nad San. Jedziemy kawałek wałem potem przejeżdżamy przez most kolejowy na drugą stronę i znów wałem. W Zbydniowie trafiamy na kolejną ścieżkę rowerową (oczywiście dofinansowaną przez UE). Tym razem wiedzie przez starorzecza Sanu. Przy jeziorze na tablicy jest kartka o zakazie połowu ze względu na zarybianie. Koleś z wędką też jest.

Pogoda mocno się pogorszyła. Jest pochmurno i wieje. Około czternastej wjeżdżamy do Sandomierza. Jedziemy na rynek i do sklepu. Nie zabrakło też knajpy, która okazała się tandentną jadłodajnią. Gdzieś na drodze wzdłuż Wisły znajdujemy kapustę, która zapewne spadła z przyczepy. Ostatni brakujący składnik zupy. Odrywam kilka liści. W Zawichoście chcieliśmy zobaczyć zabytkowy wodomierz, ale go nie znaleźliśmy. W dodatku trochę się rozpadało. Jedziemy dalej w poszukiwaniu fajnej miejscówki.

Kilka prób i jesteśmy na piaszczystej plaży tuż przy granicy parku "Wisła pod Zawichostem". Materiału na ognicho jest pod dostatkiem, więc bierzemy się za zupę. Od czasu do czasu pada deszcz uzupełniając odparowaną wodę w miskach i regulując siłę płomienia. Po 3-ech godzinach zupa gotowa. Wyszła super, choć trochę mało buraczana. Miał to być barszcz ukaiński, ale nazwaliśmy ją "barszczem na piasku" dla odróżnienia. Niebo jakoś się przejaśniło; wyszedł księżyc i gwiazdy.

Dzień rozpoczęliśmy od sesji fotograficznej wschodu słońca. Bardzo lubię wschód słońca, ale pospać też lubię, więc nieczęsty to widok. Obliczyłem, że do Puław - celu naszej podróży zostało 85km. Powinniśmy tam dotrzeć przed szesnastą, by zdążyć na pociąg do W-wy. Chciałem jechać po lewej stronie Wisły, ale w obec nowych okoliczności decydujemy się na krótszą drogę i w Annopolu przejeżdzamy na prawą. Jedziemy trochę wałem a trochę asfaltami.

Cały ranek wieje okropnie zimny wiatr, oczywście przeciwnie do naszego kierunku. Schłostani niemiłosiernie chronimy się na murowanym przystanku. Na szczęście w południe wietrzycho trochę zelżał i zrobiła się nawet ładna pogoda. Nie sądziłem, że na tym wyjeździe jeszcze zobaczę słońce.

Mijamy jabłkowe zagłębie, które dwa lata temu nawiedziła powódź. Dziś nie widać już śladów wody. Odremontowane są domy i drogi. Drzewa pełne smakowicie wyglądających jabłek. Trwa właśnie zbiór i wszędzie stoją przyczepy wypełnione kolorowymi kulkami.

Docieramy do Kazimierza. Rynek o tej porze roku jest zupełnie pusty. Mało ludzi i brak namiotów przy kamienicach. Bez tego całego zgiełku Kazimierz jest zdecydowanie ładniejszy. Robimy parę zdjęć i ruszamy wałem do Puław. Na pociąg nie zdążyliśmy. Trudno, będzie następny, z przesiadką w Dęblinie. Już w pociągu okazało się, że Dęblin leży tylko 20 km od Puław. Trzeba było jechać, zamiast dźwigać rowery po kolejowych schodach. Cóż, następnym razem...

Skomentuj >>

!~piła
O Wy! Ledwie wyjechałem wleźliście do ciepłego pokoju z łazienką. Ohyda!2012-11-19 09:36
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie i publikowanie tylko na zasadach
określionych przez redakcję Koła Roweru >>zobacz.
strona główna |  index

0.03735 sek.  optima cennik