Strona G��wna
Szukaj:   
abc     o nas     login
Wzmocnij POWER - wyjd¼ na rower

Jeśli podoba Ci się ta strona, zagłosuj na nas.

Wyprawy Rowerowe


Jedną z pierwszych polskich wypraw rowerowych, jak byśmy dzisiaj powiedzieli, egzotycznych, była bez wątpienia wycieczka zorganizowana przez Feliksa Gołębiowskiego z Warszawskiego Towarzystwa Cyklistów przez Rumunię, Bułgarię i Turcję do Stambułu w 1931 roku.

Wyekwipowani po kolarsku, z małym bagażem, większą odwagą i jeszcze większym entuzjazmem oraz pełni żądzy pokonywania coraz większych przestrzeni wyruszyli na polskich rowerach w nieznany świat.


Po przekroczeniu granicy,
wśród rumuñskich żołnierzy

Dzienniki warszawskie na kilka dni przed wyjazdem donosiły: „Celem propagandy polskiego sportu kolarskiego w dniu 7 czerwca r. b. członkowie W.T.C., M. Bendkowski, L. Chodaczyñski, F. Gołębiewski i Cz. Szeszko, wyjeżdżają rowerami do Turcji. Trasa 2.110 km, prowadzi przez Lublin, Lwów, Stanisławów, Czerniowce (granica), Bukareszt, Ruszczuk, Plewnę, Sofię, Filipopoli, Adrianopol do Stambułu. Jeżeli czas i warunki atmosferyczne pozwolą, uczestnicy mają zamiar dojechać do Angory. W drodze powrotnej odwiedzą kolonię polską w Turcji, Adampol oraz historyczną Warnę, powrót drużyny spodziewany jest około 10 lipca r. b.”

Cele podróży były dużo bardziej ambitne niż zwykła chęć przeżycia kolarskiej przygody i zobaczenia kawałka nieznanego świata o własnych siłach. „Nie wybraliśmy sobie za cel naszej podróży jakiejkolwiek stolicy, lub większego miasta na zachodzie, gdyż w tym wypadku byłaby to zwykła wycieczka w celu osiągnięcia tych, czy innych wrażeñ. W pañstwach zachodnich bowiem nie mielibyśmy potrzeby zapoznawać kogoś z tą czy inną dziedziną sportu, z tą czy inną gałęzią twórczości polskiej, gdyż w tych właśnie krajach niema prawie miesiąca, żeby ktokolwiek z przedstawicieli sportu polskiego nie przebywał tam na zawodach.”


Obiad u gościnnego Rumuna.

Głównym celem wyprawy była więc „propaganda polskiego sportu kolarskiego”, jak również, ogólnie - promocja Polski, która pamiętajmy, dopiero co odzyskała niepodległość i ponownie zawitała na mapę Europy. Rowery, na których czwórka zapaleñców pedałowała w owym czasie, były to zwykłe rowery seryjnie produkowane przez polskie firmy: Łucznik, Ormonde, Rybowski. Marka roweru pomysłodawcy wyjazdu nie została ujawniona ze względu na nieuczciwy przegląd przed wyjazdem i problemy techniczne w trakcie.

Rowery miały drewniane obręcze i wyposażone były w bagażniki. Jazda w trudnym, górzystym terenie z jednym przełożeniem nie należała do najłatwiejszych. „Miejscami tak było ciężko jechać, że często, kręcąc nogami, stało się na miejscu, bowiem koła oblepione błotem, nawet z góry nie chciały się posuwać”.

Wyprawa trwała 36 dni. Dzielni cykliści w swej podróży borykali się z trudnościami technicznymi, kiepską jakością dróg, upałem, a niekiedy nawet głodem, gdy okolica nie obfitowała w pożywienie.

Problemy z rowerami, jakie napotykali podróżnicy, ograniczały się właściwie do dzisiejszych: łapanie gum i psucie bagażników.


Przydrożna kapliczka pod m. Buzau.

Jakość ówczesnych dróg pozostawiała wiele do życzenia; asfalt był prawdziwym rarytasem, granitowa kostka marzeniem, a najwięcej przepedałowano po zwykłych szutrach i „piasczystych” traktach zwanych przez podróżników „polskimi drogami.” „Droga, ach cóż tam droga, niech wystarczy to, że powiem rumuñska. W dodatku samochody, które na tym odcinku często widujemy, wróżą nam na każdym kroku, jeżeli nie śmierć, to wybicie oka; kamienie bowiem, odbijane kołami aut, gwiżdżą nam złowieszczo koło uszu. To wszystko jednak wybaczamy i miękniemy w gniewie, gdyż w limuzynach tych widzimy urocze Rumunki.”

Pomyłki i rozbieżności w faktycznym stanie ówczesnym dróg w tak długiej trasie były czymś oczywistym „Warunkiem powodzenia dla automobilisty lub kolarza jest stan dróg. Pod tym względem drogi, które przebyliśmy, nie były pierwszorzędne. Przedewszystkim w Rumunji są one prawie niemożliwe. (…) Ze wszystkich krajów bałkañskich najlepsze drogi znaleźliśmy w Turcji.”


W drodze do T. Pazarczyk
w towarzystwie miejscowego wieśniaka

Tak Gołębiowski „tłumaczył” się swoim kompanom z jakości dróg w Rumuni: „Projektując trasę w Warszawie, uzgadniałem ją według najpewniejszych danych, lecz nigdy i nikt, do kogo się zwracałem, nic mi nie wspomniał o tem, żeby taki szmat drogi był w podobnym stanie. (…) Droga bardzo zniszczona, tak, że chwilami nawet iść nią nie można było, a cóż dopiero jechać.”

Najgorszy odcinek do Plewny tak został opisany: „Droga była bardzo zła, miejscami nawet do tego stopnia, że rowery musieliśmy często przenosić na plecach przez szeroko rozlane wody na drodze.” Pedałowano oczywiście w marynarkach i spodniach „pumpach” Ekwipunek rowerzystów ze względów na brak sakw, stanowił niezbędne minimum, choć przyglądając się dzisiaj zawartości plecaków można się spierać o niektóre „niezbędne” przedmioty.


Ekwipunek rowerzystów

Problem noclegów rozwiązano, korzystając najczęściej z gościnności klubów kolarskich, gdzie z nadzwyczajną serdecznością przyjmowano polskich podróżników.

„Zarząd Bułgarskiego Związku Kolarskiego, Nr. 1002, dn. 25.VI.31 r. Sofja. Do Klubów Kolarskich w Kraju. Okaziciel niniejszego, Członkowie Warszawskiego Klubu Cyklistów z Polskiego Związku Kolarskiego – Członka Międzynarodowego Związku Kolarskiego – zwiedzają kraje bałkañskie. Wszystkie kluby zobowiązane są ułatwiać im podróż i dawać im jak najszersze poparcie. Czołem! W. z. Prezesa: (-) G. Paniczerski, sekretarz (-) Gawriłow.”

„Pomoc wyglądała tak, że dojeżdżając do któregokolwiek z miast (Bułgaria), zawsze spotykaliśmy kolarzy, jadących naprzeciw nas, na miejscu zaś zastawaliśmy zawsze przygotowany lokal i dobre przyjęcie.”


Aby dalej...

Jeżeli nie było klubu, nocowano w hotelu. A jak znaleźć nocleg na wsi? „Chcąc we wsi rumuñskiej zanocować, należy przedewszystkiem zwrócić się do miejscowego posterunku żandarmerji. W Rumuni bowiem każda miejscowość, chociażby nawet mała, posiada stały posterunek. (…) Każdy podróżny, chcąc zatrzymać się we wsi na noc jest zobowiązany przedewszystkiem zameldować się żandarmerji, a ta naznacza gdzie należy nocować”

O problemach aprowizacyjnych na terenie Rumunii tak pisał Gołębiowski w dzienniku wyprawy: „O tem, żeby na wsi rumuñskiej kupić cośkolwiek do jedzenia, nie może być mowy. Mleka tu nie ma, ponieważ ubogi wieśniak rumuñski nie pozwala sobie na taki luksus, by krowę utrzymywać jedynie w celu produkcji mleka. (…) Drugi znów, u nas codzienne zjawisko, herbata, jest dla tutejszego wieśniaka ósmym cudem świata; chleb natomiast jadają oni kukurydzowy. (…) Przyzwyczajeni do częstego picia herbaty, bardzo dokuczliwie odczuwaliśmy jej brak, zwłaszcza w drodze, kiedy szklanka chłodnego tego napoju dodałaby nam wiele sił; niekiedy zaczynamy wprost tęsknić za nią tembardziej, że zastąpić jej nie mamy czem.”


Przed polskiem poselstwem
w Bukareszcie z min. Szembekiem

„Obiad nasz składał się, aż z chleba posmarowanego śmietaną i paru szklanek wody sodowej. (...) Upał dokuczał nam niemiłosiernie, a pragnienie trawiło bezlitośnie. Jedyna pociechą naszą było to, że od czasu do czasu, orzeźwialiśmy się dobrą źródlaną wodą, którą czerpaliśmy z przydrożnych studzien. To jedna może dodatnia strona dróg rumuñskich, że co pewien odcinek, a zwłaszcza na skrzyżowaniach dróg, są studnie. Pomimo jednak częstego chłodzenia się, jesteśmy tak zmęczeni, że posuwamy się ledwie krok za krokiem.”

O skali i drobiazgowości przygotowañ do tej wyprawy, świadczą następujące fakty. „Zarząd naszego Towarzystwa poczynił pewne kroki w celu otrzymania ulg dla nas. Chodziło mianowicie oto, by za pośrednictwem naszego Zarządu, otrzymać paszporty zagraniczne, zaopatrzone w wizy odnośnych pañstw, wyjednać odpowiednie zniżki kolejowe na wypadek koniecznego przejazdu pociągiem, być zwolnionym z obowiązku posiadania 1.600 zł. przez każdego z nas przy przekraczaniu granicy Turcji, mieć możność zabrania ze sobą aparatu fotograficznego i być zwolnionym od opłat celnych za rowery.”


Most zwodzony z widokiem na Galatę i Perę

Rowerzyści-podróżnicy w tamtych czasach nie byli widokiem częstym i nie wszystko udawało załatwić się odpowiednimi pismami. Problemem przy przekraczaniu granic na rowerze była niecodzienna sytuacja i brak odpowiednich procedur. Rower stanowił towar podlegający ocleniu, a nie środek lokomocji. Na granicy z Rumunią próbowano wyłudzić kaucję w wysokości 320 zł za cztery rowery. Dopiero rankiem dnia następnego, dzięki interwencji polskiego konsula, udało się rowery zwolnić z aresztu i po zapłaceniu 28 lei jako należności za opłaty stemplowe mogli ruszyć w głąb tego kraju. „Żeby bowiem nie te rowery, bylibyśmy zaraz zwolnieni, a tak to i kłopot, i marnowanie czasu. Trudno znów z drugiej strony jechać do Turcji rowerem bez roweru. To już taki porządek rzeczy istnieje na świecie, że jadąc na czemś trzeba to coś posiadać, ale tu nie było to zbyt jasne i konsekwencje naszego nietaktu musieliśmy sami ponosić.”

O tym, jakie panowały stosunki między kolegami w czasie trudnej wędrówki wymownie mówi następujący fragment dziennika: „O tem, żeby kolarze, będąc w dalekiej podróży, pozostawili jednego ze swych towarzyszy, wśród takich warunków, nigdy nie słyszałem i uważam to za coś niemożliwego. Tembardziej, że wchodziły tu w grę inne jeszcze czynniki. My w czterech byliśmy tem stałem przebywaniem z sobą i dzieleniem doli i niedoli tak zżyci, że jeden bez drugiego czułby się bardzo osamotniony.”


Meczet vis-avis Aja Sofji

O sile grupy, początkowo pięcioosobowej – jedna osoba tydzieñ przed wyjazdem uległa wypadkowi i nie mogła wziąć udziału w wyprawie, i być może ostatecznie powodzeniu wyprawy zadecydowały na pewno treningi i przygotowanie kondycyjne, oraz a może przede wszystkim, dobra organizacja i podział obowiązków, bo każdy z uczestników miał powierzone zadania, za które był odpowiedzialny, zarówno na etapie przygotowañ, jak i w drodze. „I tak: kolega Szeszko miał przygotować aparat fotograficzny z dostateczną ilością klisz, kolega Szamotulski – podręczną apteczkę, kolega Chodaczyñski – reperaturkę rowerową, kolega Bendkowski – cukier, niezbędny dla kolarza i różne drobiazgi, ja zaś przyjąłem na siebie obowiązek załatwienia wszelkich formalności w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, opracowanie trasy, przygotowanie map i książek podróżnych. (…) W drodze zajęcia mają być rozłożone następujący sposób: kol. Bendkowski zajmie się sprawami gospodarczemi, kol. Chodaczyñski bierze pod swoją opiekę wszystkie rowery i reperuje je w razie defektu, ja zaś, przy pomocy kol. Szeszko, załatwiamy wszelkie sprawy formalne.” Niewykluczano jednak możliwości, że któryś z tej czwórki może odpaść, tymbardziej, że nie mieliśmy pewności, czy wszyscy przetrzymaja tak daleką podróż.


Po powrocie na Dynasach

Ogółem przejechano rowerami 2672 km jadąc przez cztery pañstwa. Z tego 2150 km wyniosła droga z Warszawy do Stambułu, pozostałe zaś 522 kilometry przypadło na drogę powrotną. Resztę drogi do Warszawy z powodu braku czasu odbyto częściowo okrętem, częściowo pociągiem. W podróży przebywali 35 dni, w tym 21 dni jazdy na rowerze, co daje imponującą średnią dzienną – aż 127 km! 11 dni poświęcono na zwiedzanie miast i okolic, a pozostałe 3 dni na podróż okrętem i pociągiem w drodze powrotnej. Kosztorys podróży zamknął się w kwocie 600 zł na osobę. W podsumowaniu dorobku wyprawy Gołębiowskiego dodam, że w latach trzydziestych zrozumiał to, co dzisiaj w zurbanizowanym świecie wydaje się zupełnie oczywiste, co sprawia, że z prawdziwą przyjemnością siadamy na rower i jedziemy za miasto na rowerową wycieczkę na łono natury.

„Szczęście i całkowite zadowolenie na ziemi może dać człowiekowi jedynie matka-natura. Ona dopiero wytyka cel istotny, nie iluzoryczny, nie przynosi rozczarowañ, ni złudzeñ, - lecz daje wszystko bez zastrzeżeñ; a bogactwa jej przecież są niezliczone: potrafi nam dać to, czego niejednokrotnie szukamy w życiu i znaleźć nie możemy; daje nam nieoszacowany skarb na ziemi – pełnię spokoju duszy i odrywa człowieka od smutnych dziejów tego świata.”




Zainteresowanych przygodami
czwórki polskich podróżników odsyłam do książki
„Pierwsza polska wyprawa do Azji Mniejszej w 1931 roku”
F.S. Gołębiowskiego.

Skomentuj >>

A to też fajne~Aro
http://facet.interia.pl/forma/news/sedziwy-gimnastyk,8627832007-10-13 00:09
Kaiązka~Ja
A gdzie kupić tę książkę?2007-09-04 19:49
było~Sofronoff
Dwóm zachciało się lodów śmietankowych, trzeci pulpeta zje teraz (na gorąco!), czwarty chciałby, ale sam nie wie, piąty wyrywa szpulę przed p ... [dalej]2007-08-01 10:14
Przedwojenny materyjał~Radek J.
Jak mi kiedyś spuchną nogi przy jakimś podjeździe, to przywołam w myślach obraz "zmiękczonego w gniewie na widok uroczej Rumunki Cyklisty  ... [dalej]2007-07-30 08:59
odp~karola
3 chusteczki do nosa - jak dokładnie wyliczone! :)2007-07-26 22:54
Przedwojenny duch~Piła
127 kilometrów dziennie, rowery bez przerzutek, drewniane obręcze, żadnych tam Gore-Texów, kevlarów, tytanowych menażek (co to ich żal do ognis ... [dalej]2007-07-26 15:58
Giganci~Bartosz
Niesamowite! A swoją drogą... kolega był w rumunii 2 lata temu i wspominał SZUTROWĄ obwodnicę wokół Bukaresztu :) Widać taka tradycja. Mnie n ... [dalej]2007-07-25 22:34
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie i publikowanie tylko na zasadach
określionych przez redakcję Koła Roweru >>zobacz.
strona główna |  index

0.02435 sek.  optima cennik