Strona G��wna
Szukaj:   
abc     o nas     login
Wzmocnij POWER - wyjd¼ na rower

Jeśli podoba Ci się ta strona, zagłosuj na nas.

Wyprawy Rowerowe
z powrotem strona główna do góry

kraje nadbałtyckie 2000

dziennik

Trasa: Suwałki, Kowno, Ryga, Tallin, Helsinki, Turku, Wyspy Alandzkie, Sztokholm

Środa (28.06)

Wyjechaliśmy oczywiście nieco za późno przez co zamiast na dworzec zachodni musieliśmy pojechać na centralny. Stójka w kolejce po bilet, biegiem na peron. Kłębiący się na dworcu tłum wywołał moje przerażenie. Na szczęście nie było tak źle. Ładujemy się do ostatniego wagonu. Bagaże lądują w łazience. Oczywiście zaraz przyplątał się jakiś kołek, który koniecznie chciał do kibla. Powiedziałem mu, że jest zamknięty i sobie poszedł. Inny kołek wpadł na genialny wręcz pomysł wypalenia peta w przejściu tuż obok naszych rowerów. Nie przeszkadzała mu nawet informacja, że to wagon dla niepalących. Nie cierpię papierosów. Polskich pociągów zresztą też. Przyszła konduktorka. Szukanie biletów i legitymacji Agnieszki. Kurczę nie ma legitki. A na pewno ją miałem! Przekładanie gratów, awantura, płacz. Jestem prawie pewny, że ją jej oddałem. W koñcu dopłacam do ulgowego. 23 zł jak psu w zęby. Pociąg tłucze się przez Polskę. W niektórych momentach bardziej opłacałoby się wsiąść na rowery. Byłoby szybciej, a na pewno przyjemniej. Co jakiś czas spoglądam w niebo. Pogoda wygląda dość niepewnie. Po 5 godzinach jazdy docieramy do Suwałk. Na peronie znalazłem nową rolkę papieru toaletowego. Ucieszyło mnie to, bo zapomnieliśmy zabrać tego "drobiazgu". Numer ten powtarzamy co rok, i co rok przekonujemy się jak ważna to część "wyposażenia". Kierujemy się w stronę schroniska PTSM. Docieramy do niego po kilkunastu minutach. Normalnie jest tu bursa szkolna. Teraz, w sezonie letnim, tylko schronisko. Wszystko jest potwornie zdewastowane. Łóżka krzywe, ściany obdrapane, obwieszone zniszczonymi plakatami, podłoga z płytek pcv. Dobrze, że chociaż kible zostały odnowione.

Czwartek (29.06)

Wstajemy około 8:00. Poranne zbieranie zajmuje około dwóch godzin. Normalka. Niezależnie od tego jak szybko wykonuje się poszczególne czynności, wychodzi tyle samo. W pewnym momencie doszliśmy do odkrywczego wniosku, że nie warto się śpieszyć, bo i tak wcześniej, niż za dwie godziny od wstania nie wyjedziemy. Robimy drobne zakupy połączone z dowiadywaniem się o ceny na Litwie. Dopompowujemy też opony na stacji benzynowej. Powietrze na CPN jest oczywiście płatne, na szczęście obok był Statoil, gdzie takie rzeczy rozdają za darmo. W koñcu wyjeżdżamy w kierunku granicy. Jest nawet fajna pogoda do jazdy. Trochę słoñca i trochę chmurek. Zaraz za Suwałkami jest wiocha, która nazywa się Szwajcaria. Żartujemy jak daleko zajechaliśmy. Olga wyrwała do przodu. W pewnym momencie na remontowanej drodze robi się jeden pas, a ruch regulują światła. Dla nas - rowerzystów - czas na przejechanie jest nieco za krótki i zostajemy w beznadziejny sposób otrąbieni przez jakiegoś barana w blaszaku. Na pocieszenie kupuję sobie pączka z czekoladą w przydrożnym kiosku. Po jakichś dwóch godzinach dojeżdżamy do granicy, mijając długi rząd ciężarówek czekających na odprawę. Tak! To jedna z wielu dobrych stron podróżowania na rowerze: nie czeka się na przejściach granicznych. Spotykamy tu Olgę. Tym razem rozczarowanie. Celnik każe nam czekać i puszcza ciężarówy. Wiadomo: zawsze najtrudniej jest "wydostać" się z Polski. Stoimy, stoimy, stuknęła godzina. Qrczę! Co oni tam robią? Mają przerwę śniadaniową, czy co? Niby celnik to też człowiek. A podróżny to co - pies? W koñcu pogadał coś przez radio i kazał nam jechać. Kolejny celnik. Tym razem kontrola paszportów. Mój i Agnieszki nie budziły zastrzeżeñ, ale paszport Olgi wyraźnie mu się nie podobał. Oglądał go dokładnie. Kilka razy sprawdzał numer w "czarnej księdze". Przepuścił trzy samochody, wreszcie wbił pieczątkę i oddał paszport. Ruszamy szybko, żeby nie zmienił zdania. Kolejna budka i kolejny celnik. Na szczęście zapytał tylko dokąd jedziemy. Gdy mu powiedzieliśmy, trochę się zdziwił, że na rowerach. I w ogóle po co na rowerach, jak można samochodem i dlaczego tak daleko. Nie on pierwszy i nie ostatni. Chwilę później jesteśmy po litewskiej stronie. Mijamy serię ciężarówek stojących tym razem po przeciwnej stronie drogi. Rozglądam się ciekawie po okolicy. Wszystko wygląda tak jak u nas jakieś dziesięć lat temu. Napisy są trudne do przeczytania. Sporo wyrazów koñczy się na -air albo -as. Co niektóre da się zrozumieć. Pogoda zrobiła się zdecydowanie gorsza. Jest pochmurno i zimno. Wjeżdżamy do Marijampole. Dziś ma tu być jakiś festyn, tak przynajmniej dowiedziała się Agnieszka od rozgadanej babci. Na głównym deptaku miasta stoi wielki, piwny namiot. Na straganie wiszą wielkie drewniane łyżki a wokół tysiące różnych drobnych rupieci. Olga znika gdzieś w poszukiwaniu mapy. Potem ruszamy w kierunku Kowna. Tak mi się przynajmniej wydaje. Na obiad zatrzymujemy się pod wiaduktem. Idę do pobliskiej chałupy po wodę, lecz spotykam tylko psy. W następnej, otwiera mi starsza kobieta. Chyba zrozumiała co do niej mówię, bo rzuciła parę słów do kilkunastoletniej dziewczynki pokazując na studnię. Mała błyskawicznie wyciąga wiadro wody. Nalewam pół mojego super-zbiornika, dziękuję ładnie i wynoszę się odprowadzany przez ujadającego psa. Agnieszka i ja mamy na obiad ryż z bitkami. Aga zjadła cały serek, który taszczyłem z Polski, nie zostawiając mi nawet na polizanie. Jak mogła! (Wersja Agi: a pytałam, kto chce.) Po chwili zbieramy graty i ruszamy w dalszą drogę. Na przejeździe kolejowym, akurat gdy przestawialiśmy rowery nadjechał pociąg. Bez obaw, zdążyliśmy. Jak łatwo się domyślić, gdyby było inaczej, dziennik urywałby się w tym miejscu. Z kolei na innym przejeździe Olga "fiknęła" małego koziołka. Na szczęście obyło się bez obrażeñ. Od obiadu stuknęło 25 km. Nastała noc i zaczyna lekko siąpić. Chcemy rozłożyć się u chłopa na polu. Właściciel pobliskiego domu stwierdził, że to nie jego, ale możemy. Potem przyszedł inny, aby wydoić krowę i powiedział to samo: to nie jego, ale możemy. Wygląda na to, że po prostu można wszędzie. Rozlało się na dobre. Siedzimy u Olgi w przedsionku. Fajny jest jej namiot. Okazało się, że podczas wywrotki stała się krzywda Jeżykowej latarce. Podjąłem próbę naprawy. Po chwili stwierdzam, że latarka jest sprawna tylko akumulatory kompletnie rozładowane. Musiała się włączyć podczas upadku. Poradziłem Oldze aby kupiła sobie trzy zwykłe baterie. Potem robimy sobie żarcie i idziemy spać.

Piątek (30.06)

Rano nie leje, ale świat jest zupełnie pochmurny. Zbieramy się dość szybko i wyruszamy o 9:20. Po jakichś 10 km następuje pierwsza poważna zgubka. Tuż przed Gorliavą jest skręt w lewo na obwodnicę Kowna. Dojeżdżamy z Agnieszką do tego rozjazdu. Olgi nie ma. No cóż. Próbuję wypatrzyć ślad opony - przecież nie mogła tu być dawno. Chyba pojechała prosto. Docieramy do Gorliava i znów jest rozjazd. Skręcamy w lewo i po chwili łapie nas ulewa. Chowamy się pod drzewem. Wysyłam SMS do Olgi. Po chwili przestało lać więc ruszamy w kierunku Kowna. Jest trochę z górki więc grzejemy nieźle. Mijamy most i jedziemy kawałek wzdłuż rzeki Nemunas okropnie szeroką ulicą. Cztery pasy w każdą stronę, a miasto w sumie niewielkie. Przydałoby się coś podobnego w Warszawie. Chciałem pojechać do centrum, ale mi nie wyszło, bo jakoś znaki mnie zmyliły. Znowu zaczęło lać. Oberwało mi się trochę od Agnieszki, że niby nie wiem dokąd jadę i że do centrum trzeba było dawno skręcić. Później okazało się, że jednak pojechałem dobrze, zgodnie z oznakowaniem. Olga odpisała na SMS i umówiliśmy się przy moście. Po drodze kupujemy chleb. Dziwny ten chleb, ciemny i gumiasty. Po godzinie przyjeżdża Olga. Ochrzaniłem ją z lekka za zgubkę, bo zamiast poczekać na rozjeździe to jedzie na ślepo nie mając w dodatku dobrej mapy. Jedziemy na rynek.rynek w Kownie Okazało się, że to jakieś pięćdziesiąt metrów od miejsca spotkania. Pogoda zmienia się z minuty na minutę. Przed chwilą świeciło słoñce i nawet kurtka mi wyschła, a teraz znowu ją deszcz moczy. Dzwoni telefon, na szczęście nie mój. To pewnie Jeżyk się stęsknił. Po krótkiej rozmowie Olga idzie szukać lepszej mapy Litwy, a ja i Aga chowamy się w bramie. Sterczymy tam chyba pół godziny. Wreszcie wraca Olga z mapami i możemy ruszać dalej. Po drodze zaglądamy do supermarketu. Ceny w zasadzie jak u nas, sporo polskich produktów, np. Kubuś albo Grześki. Opuszczamy Kowno. W sumie nie pozwiedzaliśmy sobie. Ale co to za zwiedzanie w deszczu. Leje coraz mocniej. Na chwilę chowamy się pod folię, żeby przeczekać najsilniejszą nawałnicę. Mijamy Vandziogalę i Pedziaj. Na rozjeździe rozmawiamy chwilę z jakimiś rolnikami. Powiedzieli nam, że możemy jechać nowobudowaną, jeszcze nie otwartą drogą. Podoba mi się ten pomysł, cała droga dla nas, zero blaszaków. Każdy ma swój pas. Przed nami niedokoñczony wiadukt nad koleją. Akurat jedzie pociąg. Fajnie. Agnieszkę obszczekały jakieś kundle. Chyba się bardzo przestraszyła, bo nasza prędkość gwałtownie wzrosła. Niestety asfalt się skoñczył przed wiaduktem i musimy teraz jechać nie bardzo ubitą szutrówką. Docieramy do głównej drogi, jedziemy jeszcze kawałek i skręcamy w stronę Ponevezys. Nabieram gdzieś wody do baniaka i po chwili skręcamy w drogę do lasu. Las jest bardzo zakrzaczony i podmokły, w dodatku znowu się rozpadało. Ja i Olga chcieliśmy się rozłożyć na polu, ale Aga bardzo chciała w lesie, gdzie na pewno będzie mniejszy wygwizdów. Ma trochę racji, choć podejrzewam, że jakby rano nie padało to na polu będzie dużo cieplej. Idę na zwiady i po chwili przenosimy się ze wszystkim do lasu. Jest okropnie mokro. Olga jest wyraźnie niezadowolona z tych przenosin. Przykrywam rowery folią, aby nie mokły, choć może powinienem namiot, bo trochę cieknie. Co za noc! Nawet piwo jakoś mi nie idzie.

Sobota (1.07)

Obudziłem się około 6:00. Widząc słoñce, przebijające się między liśćmi drzew zabrałem śpiwór i karimatkę i przeniosłem się na łąkę. Dziewczyny śpią w namiotach, a ja położyłem się na słonku i się grzeję. Około 8:00 przenosimy cały nasz dobytek na słoñce, żeby wszystko dokładnie wysuszyć. Jak się później okazało był to jeden z tych niewielu dni, kiedy mogliśmy zobaczyć bezchmurne niebo. mycie głowy i powywracane namioty Wieje dość silny południowo-wschodni wiatr, wywracając nam namioty. Nie szkodzi. Przynajmniej włosy, które dziewczyny umyły sobie w resztkach wody z baniaka szybko schną. Są niesamowite. Z dwóch powodów. Po pierwsze, wystarczyło im dosłownie parę kropel. Po drugie po nocy o wodzie można było powiedzieć wszystko, tylko nie to, że jest ciepła. Po niecałych dwóch godzinach jesteśmy już w drodze. (Czyżby padł rekord zbierania się?) Olga nadała niezłe tempo i po kolejnych trzech znajdujemy się w Panevezysu. Opieram rower o jakiś znak i idę na siusiu, a ten wywraca się bezczelnie, zdzierając sobie róg o wystającą z betonowej podstawy śrubę. W mieście szukamy sklepu. Wcale nie jest to takie łatwe. Dziwne uczucie, gdy w żaden sposób nie można się porozumieć. Język nie przypomina żadnego mi znanego. Ludzie nie chcą albo nie umieją gadać po naszemu (czyli rusku). Pytam taryfiarza o sklep a ten zaraz coś o dolarach. Aga wypatrzyła dziewczynę z reklamówką "real" ale okazało się, że takiego sklepu tutaj nie ma, a torebki są z Polski. W koñcu znajdujemy IKI a kawałek dalej Maxima. pod sklepem robię za dozorcę Urzędujemy tu prawie dwie godziny. W między czasie przechodzi ulewa. Ruszamy około 15:00. Wykorzystując okresy, gdy nie pada mijamy Pumpenai i Pasvalys i zbliżamy się powoli do granicy litewsko-łotewskiej. Za rozjazdem na Birzai skręcam do jakiegoś baru po wodę. Wszystko jest "autentyczne", a nie z puszki, czy torebki. Pani w barze własnoręcznie kroi prawdziwą kapustę na surówkę. W Polsce już tego nie ma. Wyjmuje się gotowce z folii i udaje, że są świeże. Znowu leje, czekamy chwilę na przystanku. Niestety deszcz nie przechodzi. Robię sobie ochraniacze na buty z torebek foliowych i idę rozejrzeć się za miejscówką. Olga idzie ze mną. Wyprawa zakoñczona niepowodzeniem, miejscówki nadającej się do spania - brak. Na szczęście po drugiej stronie szosy znalazła się całkiem równa polanka, pod całkiem sporym drzewem, całkiem blisko rzeki. Wszystko jest mokre: rower, sakwy (na szczęście tylko na zewnątrz), namiot (trzeba będzie rozkładać takie ścierwo), nawet ja. Okropność. Nie przyszło mi do głowy, że będę tu musiał sterczeć przez najbliższe 20 godzin.

Niedziela (2.07)

Około ósmej stwierdziłem, że nadal leje więc nie ma po co wstawać. Co gorsza o 10:00 niewiele się zmieniło. Raz po raz Olga wykrzykuje "eeee... przejaśnia się !" po czym częstotliwość kropel uderzających w tropik mojego namiotu zwiększa się czterokrotnie. Z nudów wziąłem się za pisanie dziennika. Notatnik w którym piszę, rozpadł się na pojedyncze kartki. Co za tandeta. Producent: TOP-2000 Warszawa ul. Poleczki 21 - nie kupować! Powoli dostaję jakiejś głupawki albo innej choroby. Nie wytrzymam!!! Jest 16:00. W większej "dziurze" deszczowej zwijamy mokre jak gnój namioty i szybko przenosimy się na drogę mając nadzieję, że dzięki temu postawimy deszcz przed faktem dokonanym i wreszcie przestanie padać.przystanek 'Obiad' Po kilkunastu kilometrach robimy sobie przystanek "Obiad" susząc przy okazji ręczniki i parę innych rzeczy. Nie obeszło się przy tym bez małych kłopotów, bo ręcznik Agnieszki otarł się o łañcuch roweru i mi się oberwało (nie muszę chyba wyjaśniać związku między obydwoma zdarzeniami). Do granicy pozostało nam dosłownie kilka km. Po chwili jesteśmy. Rozglądam się za prysznicami, bo mam wielką ochotę na kąpiel. Agnieszka dziwi się, że ciągle mało mi wody po dzisiejszym deszczu. "Dziadek klozetowy" chciał po 5 litów od głowy za prysznic, ale udało mi się go przekonać, żebyśmy się wykąpali za 11, bo tylko tyle razem mieliśmy. Cóż za przyjemność, nawet "ciepława" woda, ech... nawet wyszło na chwilę słoñce. Po kąpieli bezproblemowo przekraczamy granicę. Mijamy Bauska przejeżdżając przez samo centrum miasta (blaszaki pojechały obwodnicą) i po kolejnych 5 km rozkładamy się w kępie łoz. Były też inne propozycje i spore poszukiwania, ale w koñcu najlepszy okazał się początkowy pomysł. Aby do tych łoz dojechać trzeba było pokonać podmokłą łąkę. Ale co to dla nas.

Poniedziałek (3.07)

Jest bardzo pochmurno, ale na szczęście nie pada. Zbieramy graty i w drogę. Mamy pół dnia do nadrobienia. Zmienił się kierunek wiatru i teraz wieje nam prosto w twarz. Jedzie się okropnie ciężko. Prędkość 26 km/h jest prawie nieosiągalna. Wleczemy się powoli w kierunku Rygi. Olga pojechała kawałek do przodu. Spotykamy się 10 km przed stolicą Łotwy. Wjeżdżamy do centrum i kierujemy się na starówkę. Nie udaje nam się wymienić pieniędzy w kantorze. Jest zamknięty. Wybieram 20 łatów z bankomatu koło stacji kolejowej. Qrczę! Strasznie dużo pieniędzy (po przeliczeniu ok. 160 pln) Stoimy chwilę na dworcu i przyglądamy się ludziom. Są okropnie poubierani, a kobiety mają bardzo intensywny, jaskrawy makijaż. O tym, że znowu leje już mi się nawet nie chce wspominać. Dziewczyny chcą do McSyfa. Mnie się to nie uśmiecha ale skoro muszą. Wcinamy po bułce z frytkami. Jedyna zaleta McSyfa to serwetki za darmo. Biorę ich jakąś niesamowitą ilość. Przydadzą się. Robię parę zdjęć. Potem jedziemy pokręcić się po starówce. Jest ładna, odnowiona i czysta. Objeżdżam kościół dookoła. Aga gada z jakimś Kanadyjczykiem z Toronto, który tu przyjechał chyba do pracy. Znów chwilę się kręcimy po okolicy. Potem próba opuszczenia miasta z dobrej strony. Jakaś babcia uparła się, aby wytłumaczyć nam gdzie jechać - zajęło to 20 minut i nadal nic nie wiemy. Wąska uliczka, jak zwykle pod prąd, trochę po torach tramwajowych. Jawią się zalety roweru. Zatrzymałem się przy sklepie w celu zakupu wody.panorama Rygi z przystanku autobusowego Przy okazji kupuję apetycznie wyglądające bułeczko-rożki. Okazały się ze słoniną i cebulą. Smakowało dziwnie, ale dało się zjeść. Na samej granicy Rygi chwilę ścigam się z innym rowerzystą. Znowu strasznie wieje i zaczęło kropić. Robimy obiad na przystanku autobusowym. Wyłażę na daszek tego przystanku, aby zrobić zdjęcie portu. Jest mglisto i pewnie kiepsko wyjdzie. Chyba około 7:00 ruszamy i przejeżdżamy jakieś 20 km.Rozkładamy się na grubej warstwie mchów i porostów Bardzo chciałem schować się na noc do lasu. Niestety, z las okazał się niezbyt odludny, bo z jednej strony były domki, a z drugiej jakaś fabryka trochę przypominająca więzienie. Rozkładamy się w gęstszej kępie drzew na grubej warstwie mchów i porostów. Te ostatnie są tu bardzo ładne. Zaobserwowałem znaczne skrócenie się nocy. Jest dobrze po 22:00 a na świecie szarówka. Podjechał jakiś samochód i jakiś koleś obserwuje nas przez chwilę. Poszedł sobie. Noc minęła bez przygód.

Wtorek (4.07)

Jest ciepło. Pierwsze 20 km mija błyskawicznie. Nawet wyszło słoñce. Zatrzymujemy się na chwilę pod sklepem w Lilaste, gdzie kupuję 1,25l coca-coli i równocześnie wygrywam 1l. Teraz muszę to wszystko dźwigać. I to ma być promocja! idealnie prosta droga wiedzie przez niekoñczące się lasyDroga, prawie idealnie prosta wiedzie przez niekoñczące się lasy. Z rzadka przejedzie jakiś samochód. Docieramy do dwupasmówki, na której strasznie wieje. Na szczęście dwupasmówka szybko się koñczy i wjeżdżamy do Salacgriva, gdzie robimy spore zakupy w małym sklepiku w celu pozbycia się nadmiaru pieniędzy. Wcale nie jest łatwo wydać łata. Mam już cały koszyk a kasjerka naliczyła ledwo 3,80 łatów. Wcinam jogurcik i banany przed sklepem, Aga smakuje jakiś serek. Pozostałe łaty czyli jakieś 1,80 wymieniamy na estoñskie w pobliskim kantorze. Jeszcze kilka kilometrów i granica. Bezproblemowa kontrola paszportów i jesteśmy w Estonii. Droga jakoś się poprawiła, świeci słoñce i ogólnie jest nam wesoło. Przejeżdżamy polną drogą na szosę równoległą, biegnącą nad morzem. Chciałem wysłać SMS do kumpla aby mailnął do Bożeny, ale telefon "zjadł" ostatnią cyfrę jego numeru i nic z tego nie wyszło. Trudno. Po chwili wjeżdżamy do Treimani, gdzie zatrzymujemy się, aby nabrać wody. Idę też do estoñskiego sklepu. Ceny jak we wszystkich krajach nadbałtyckich, troszkę chyba taniej niż w Polsce.Zachód słoñca godz. 23:00 Około 9:00 znajduję piękną miejscówkę. Oglądamy piękny zachód słoñca, robię kilka śmiesznych zdjęć, wykąpię się w morzu. Przyszli na chwilę jacyś ludzie i coś nam chcieli powiedzieć, ale raczej był kłopot z językiem. Oni nie znali rosyjskiego (o polskim nawet nie marzę) a my estoñskiego. Piszę dziennik gotując wodę na yum-yuma. Dziewczyny poszły już spać, a ja wcinam kolację. Potem przykrywam rowery i także wskakuję do śpiwora. Dzisiaj z wielką przyjemnością. Jest sucho i jest wielka szansa, że jutro będzie ładnie. Nocy nie ma, tylko "szarówka". W koñcu jesteśmy jakiś 1000 km na północ od Warszawy.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie i publikowanie tylko na zasadach
określionych przez redakcję Koła Roweru >>zobacz.
strona główna |  index

0.05102 sek.  optima cennik